-Eluardzie- wampir zakaszlał teatralnie, zwracając tym sposobem na siebie nieobecny wzrok brata- Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że niedługo wzejdzie słońce?- przysłonił anemiczną dłonią pełne wargi, udając, że ziewa. –Powinieneś wrócić na ten czas do siebie…O ile masz dokąd wrócić- mruknął pogardliwie, wyszczerzając śnieżnobiałe zęby w złośliwym uśmiechu
-Myślałem, że już to ustaliliśmy.- Eluard zamrugał energicznie, kładąc dłoń na rękojeści Ostrza Grimoire.
-To, że TEN miecz cię tu przywiódł, nie znaczy, że będziesz stałym bywalcem w mym domu- prychnął, mierzwiąc złote pukle subtelnym pociągnięciem palców.
-Nie zapominaj, że razem stanowimy jedność. Nie zapominaj po co musimy działać razem. Nie obchodzi mnie twoja duma, ani to….- miał coś powiedzieć, lecz w porę „ugryzł się w język”.
-Chodzi ci o Leaverean?- zmarszczył czoło, zaciskając dłonie w piąstki- Śmiesz przywoływać jej imię?!- wstał z fotela obitego czerwoną skórą, łapiąc Eluarda za kołnierz białej koszuli. Popchnął go na ścianę, przyciskając do niej najmocniej jak mógł- Śmiesz wspominać naszych „ukochanych” rodzicach?! Niech cię piekło pochłonie!- warknął, kolejny raz odbijając twardym ciałem brata o ścianę.
-Uspokój się- zaśmiał się ironicznie- złość piękności szkodzi..A zresztą- zacmokał z dezaprobatą, splatając swe dłonie z dłońmi Vincenta- Nie wspominałem o Leaveran, ani o rodzicach-
-Ale chciałeś- zacisnął szczupłe palce wokół fikuśnego żabotu -Jesteś taki sam, jak oni- prychnął, puszczając go. Eluard opadł na podłogę, poprawiając zniszczone fragmenty materiału.
-No i widzisz Vincencie- przewrócił zabawnie oczyma- Popsułeś mi koszulę- westchnął przeciągle. Przez dłuższą chwilę obaj milczeli.
-Vincencie..nie mogłem nic zrobić, gdy Fehlix i Berwena robili sobie pożywkę z Lea…-
-Zamilcz!- warknął niczym pies ze spienionym pyskiem. Jego dłonie swobodnie spoczywały w kieszeni. Jedna trzymała złoty zegarek z wygrawerowanymi inicjałami.-Bynajmniej już nie żyją- pogładził literę „L” kciukiem.
-I tu się mylisz- usłyszał w odpowiedzi.
-Co masz na myśli?- odwrócił się do niego, przekrzywiając głowę na bok.
-Fehlix i Berewna nie umarli. Pomyśl… kiedy spaliłeś ich mieszkanie, nie zauważyłeś nic ciekawego? Co prawda…paląc ich mieszkanie, pozbawiłeś mnie dachu nad głową. Nie mam ci tego za złe- machnął dłonią w powietrzu- Znalazłem szybko..przytulne pomieszczenie- wykrzywił usta w znużonym grymasie.
-Do rzeczy Eluardzie-
-Widzisz…Dwanaście lat temu, demony z Onis planowały swą ucieczkę. Potrzebowały do tego kilka ofiar ze świata ludzi. Najlepiej dziewic- spojrzał na brata z wyraźnym rozbawieniem- A z racji, że te ścierwa nie mają własnych ciał, potrzebowali łączników.-
-I że niby…-
-Nie przerywaj mi- odchrząknął głośno, przewracając lazurowymi tęczówkami.- Ale tak. Nasi rodzice..-
-Nie mów tak o nich- warknął, przytupując nogą
-Vincencie!- westchnął przeciągle- Fehlix i Berwena, niech będzie, tylko daj mi skończyć! Z tego co się dowiedziałem, kiedyś spotkali się z tym od bramy Onis.- zaśmiał się krótko- Głupcy, dali się przekonać władzą nad Chaosem..Jakby ktokolwiek mógł nad nim zapanować- prychnął pogardliwie.
-A co z tym wszystkim wspólnego ma Leaverean?- zmrużył zmęczone powieki, nerwowo patrząc na szyby okienne.
-Jak już wspominałem...Ofiary ze świata ludzi, dziewice..Vincencie nadal nie rozumiesz? Spotykałeś się z idealną kandydatką. To dlatego Fehlix i Brewena nie pozwolili ci zamienic jej w wampirzycę. Czekali na odpowiedni moment. Nie wiem jednak czemu zrobili to na twoich oczach… W których- podszedł bliżej obdarowując go współczującym spojrzeniem- widzę melodię, śpiewaną przez nuty egzystencjonalnego bólu-
-Zjedli ją żywcem- dokończył za niego
-Tak, tak..lecz potem musieli oddać wypitą krew Władcy Bramy tej piekielnej doliny. A on…wysysał z nich resztki nikczemnego życia. A teraz- wzruszył obojętnie ramionami- są demonami Onis.
-Demonami Onis?- uniósł ku górze jedną z brwi, splatając czubki palców.
Eluard przytaknął głową, uśmiechając się pogodnie.-I wiedz, że gdy ich znajdziemy, pozwolę ci osobiście zadać im najgorszych cierpień, jakich doświadczą w latach egzystencji.-
-Oj tak- zamruczał, oblizując krwistoczerwone wargi- Będą błagać o litość- Lecz nie zaznają łaski od syna, który wyrzekł się ich u samych stóp szatana.-
-Ty tu obmyślasz swą słodką, niczym nektar boski, zemstę, a słońce wschodzi.- pokręcił głową z niedowierzeniem- Więc pozwolisz mi zostać?-
-Może…na jakiś czas-
Obaj uśmiechnęli się do siebie, ruszając do tej samej trumny. Tego dnia, znów, złączeni ciałem i umysłem. Spowici oddechami, poczętymi z tej samej krwi.
Śnili o chłopcu, który w tej chwili znajdował się w pomieszczeniu o kilkuset drzwiach. Marszcząc czoło, wyciągając dłoń w kierunku złotej klamki, wypowiadał dziwne zaklęcia. Umysłem otwierał przeszkody, sunąc w powietrzu nad kafelkowanymi podłogami. Zawsze pamiętał drogę. Zawsze wiedział, które przejścia są tymi właściwymi. To był on- chłopiec, którego wyznaczyło Ostrze.
...
-Vincencie?-
-Vincencie, już noc- oznajmił cicho miękki głos. Wampir przetarł ociężałe powieki, wychodząc szybkim skokiem z trumny.
-Eluardzie, czy ty też? Czy ty też śniłeś o nim? O drzwiach?-zapytał, poprawiając rozpięty guzik.
-Tak- odpowiedział, zamykając wieko nieśmiertelnego łoża.-Musimy znaleźć to miejsce. Teraz już widzisz dlaczego tak ważne jest, byśmy trzymali się razem.-
Blondyn skinął głową, drapiąc się po bladym policzku. Było to zbędne. Te istoty nie odczuwają niczego, co ludzkie.
-Wiesz co to za pokoje?-
-Nie. Pojęcia nie mam- zmarszczył czoło. Skierowali się po kamiennych schodach na górę. Płomienie świecy, strzegącej trumnę zgasły jak za podmuchem silnego wiatru. Teraz jedynie stukot obcasów odbijał się echem od wilgotnej piwnicy. Zapach śmierci, zapach zgniłych ciał.
-To zapytaj tego Ostrza- mruknął Vince, gdy znaleźli się w kolosalnym salonie.
-To nie byle jakie Ostrze..I żebyś wiedział, że zapytam- zaśmiał się ponuro. Wyjął z pochwy miecz, kładąc go na puszystym dywanie. -Chwyć mnie za rękę- rozkazał.
-Zamiaru nie mam!- splótł dłonie na wysokości klatki piersiowej.
-Nie bądź dzieckiem. Chcesz zabić Fehlixa i Berwene?-uśmiechnął się triumfalnie, bo tak jak rozkazał, tak zrobił.
-Saaver reque hvare- wyszeptał.
Ogarnęła ich ciemność, która tłamsiła gardła niewidzialnym dymem. Wirowali w powietrzu jak baletnice na scenie. Przyjemna woń wypełniała nozdrza, rozsadzając je od środka swą słodkością.
-Pokaż, pokaż mi to, czego sam nie wiem- krzyknął Eluard.
Wąska ścieżka, spalone budynki, las i wielka łapa.
-To prowadzi do Fas Erie- oznajmił Vincent, nadal ściskając dłoń swego brata.
Drzwi za ladą, szkarłatny korytarz, las, jaskinia, drzwi, setki drzwi.
-Myślę, że wiem, gdzie szukać-
Spojrzeli na siebie z rozchylonymi wargami.
...
-Vincencie?-
-Vincencie, już noc- oznajmił cicho miękki głos. Wampir przetarł ociężałe powieki, wychodząc szybkim skokiem z trumny.
-Eluardzie, czy ty też? Czy ty też śniłeś o nim? O drzwiach?-zapytał, poprawiając rozpięty guzik.
-Tak- odpowiedział, zamykając wieko nieśmiertelnego łoża.-Musimy znaleźć to miejsce. Teraz już widzisz dlaczego tak ważne jest, byśmy trzymali się razem.-
Blondyn skinął głową, drapiąc się po bladym policzku. Było to zbędne. Te istoty nie odczuwają niczego, co ludzkie.
-Wiesz co to za pokoje?-
-Nie. Pojęcia nie mam- zmarszczył czoło. Skierowali się po kamiennych schodach na górę. Płomienie świecy, strzegącej trumnę zgasły jak za podmuchem silnego wiatru. Teraz jedynie stukot obcasów odbijał się echem od wilgotnej piwnicy. Zapach śmierci, zapach zgniłych ciał.
-To zapytaj tego Ostrza- mruknął Vince, gdy znaleźli się w kolosalnym salonie.
-To nie byle jakie Ostrze..I żebyś wiedział, że zapytam- zaśmiał się ponuro. Wyjął z pochwy miecz, kładąc go na puszystym dywanie. -Chwyć mnie za rękę- rozkazał.
-Zamiaru nie mam!- splótł dłonie na wysokości klatki piersiowej.
-Nie bądź dzieckiem. Chcesz zabić Fehlixa i Berwene?-uśmiechnął się triumfalnie, bo tak jak rozkazał, tak zrobił.
-Saaver reque hvare- wyszeptał.
Ogarnęła ich ciemność, która tłamsiła gardła niewidzialnym dymem. Wirowali w powietrzu jak baletnice na scenie. Przyjemna woń wypełniała nozdrza, rozsadzając je od środka swą słodkością.
-Pokaż, pokaż mi to, czego sam nie wiem- krzyknął Eluard.
Wąska ścieżka, spalone budynki, las i wielka łapa.
-To prowadzi do Fas Erie- oznajmił Vincent, nadal ściskając dłoń swego brata.
Drzwi za ladą, szkarłatny korytarz, las, jaskinia, drzwi, setki drzwi.
-Myślę, że wiem, gdzie szukać-
Spojrzeli na siebie z rozchylonymi wargami.