sobota, 13 sierpnia 2011

pięć.

Spacerował nierówną uliczką, wyłożoną starym kamieniem. Umysł buzował pod wpływem soczystej, ciepłej krwi. Wypełniała go całego, owijając przyjemnym żarem drobne, acz twarde ciało. Była narkotykiem. Była czymś, czego koniecznie potrzebował, by egzystować, by mieć chęć do życia, by nie umrzeć, nie zginać w otchłani rozkładającego się piekła. Czuł zapach osocza, żelaza, mieszanki strachu ze śmierdzącym potem. Uśmiechnął się pod nosem, ocierając kąciki warg białą chusteczką- wciąż wilgotne. Westchnął rozkosznie. A może tak znów zatopić się w zgrabnej człowieczej szyi? W gorącej tętnicy, tryskającej wodospadem szczęścia. Sączyć krew, podgryzając małe żyłki. Wbić szpiczaste szpony w bladą skórę i schwytać centrum życia, radując zęby głośnymi chrupnięciami. Najpierw serce, a na deser aorta.. Oblizał usta ze smakiem, rozglądając się dookoła. Niestety, szybko się zawiódł- nie było nikogo, kto mógłby zaspokoić ogromną żądzę, której nie było końca. Mruknął, marszcząc w złości brwi. Blask księżyca  padał na porcelanową twarz wampira, właśnie gorąco nad czymś rozmyślającego.
- Fas Erie!- uśmiechnął się szeroko, przyspieszając, już i tak nieludzko szybkiego, kroku. Skręcił w wąską uliczkę na prawo, mijając spróchniałe budynki, w których mieszkać mogły jedynie szczury. Pamiętał pożar sprzed kilkunastu lat. Ruiny domów, walące się deski, smród moczu i alkoholu. Smród zwęglonych ciał…wciąż wyczuwalnych. Prychnął, przykładając do nosa chusteczkę, którą wcześniej wycierał ostatnie, spływające po wargach, krople krwi. Poił się zapachem czerwonej cieczy, śmiejąc w duchu. –Ach, już niedługo- pomyślał.
Wkroczył w gęsty las. Gałęzie kruszyły się pod wpływem nacisku twardej stopy, kłaniając się silnemu stworzeniu. Czyjś cień szybował nad drzewami. Rozchylił nieznacznie usta w złośliwym grymasie -No, no- zacmokał z udawanym przejęciem- Mamy kłopot-
W górze latało ptaszysko z płonącym upierzeniem- Antraverbum. Szpiczasty łeb pokrywała czarna łuska, rozdzielająca się na kilka kolców na czubku. W miejscu oczu zwisała pomarszczona, lekko różowa skóra , ociekająca fioletowozieloną krwią. Wampir wykrzywił usta w obrzydzeniu. –Zgnita-. Skrzeczący głos ptaszyska, przypominający krzyki ludzi obdzieranych ze skóry roznosił się po niebie echem. Vincent spojrzał jeszcze wyżej. Tak jak myślał- Antraverbum miał ciekawego pasażera, czy raczej właściciela spoza tego wymiaru. Przezroczysta powłoka czarnej postaci, tliła się jak dym wygasającego węgla, zostawiając po sobie spiralne smugi. A więc przedostali się. Wzruszył obojętnie ramionami, bo przecież unicestwianie martwych nie należało do jego obowiązków, a bynajmniej, jeszcze nie. Tylko jeden, w dodatku nieuzbrojony, niegroźny szczyl, latający na zwiady.
-No nic, na mnie pora- mruknął, łudząc się, że jego głos doleci w otchłanie ciemności. Zastukał obcasem w konar sosny - Portes-moi avec toi, portes-moi dans les ténèbres- wyszeptał. Z ziemi wystrzeliły dwie żylaste łapy, pochłaniające go w całości. Wijąc się tunelem w dół rozmyślał nad przyszłością wymiarów. Co jeśli zbudzi się Chaos? Podrapał się po brodzie, kręcąc przecząco głową. –To niemożliwe. Potrzeba wszystkich kluczy by uwolnić go z bramy Terirae-
Poczuł twardy grunt pod stopami. Był na miejscu- miejscu spotkań wampirów. Pomyśleć, że przywiodło go zwykłe łakomstwo krwi. Pchnął drewniane drzwiczki, otwierając je na oścież. Półmrok wnętrza ucieszył błyszczące oczy Vince. Dawno nie gościł w Fas Erie, a czas najwyższy. Nikt nie zwracał uwagi na nowoprzybyłego.. Pewnym krokiem podszedł do lady, siadając na skórzanym krześle.
-Co podać?- zapytała kobieta o zmysłowo pełnych wargach i rudych lokach, wijących się na drobnych ramionach. Wampir zlustrował ją szybkim ruchem gałek ocznych, uśmiechając się mimowolnie. Rozpoznał ją.
-Lacrime e Sangue- rzekł melodyjnie, pochylając się nad twarzą kobiety. Owinął ją lodowatym powietrzem, które pachniało dopiero co wypitą krwią. Ujął łagodny podbródek w długie szpony, patrząc nań lubieżnym wzrokiem.
-Vincent- odpowiedziała, całkiem poddana urokowi dawnego kochanka. Ledwo uwolniła się z żelaznego uścisku, niechętnie powracając z chwilowego uniesienia.
-Więc jeszcze tu pracujesz?- uniósł ku górze jedną z brwi, starając się powstrzymać dziki śmiech.- Szklankę krwi, czyli to co zwykle- machnął dłonią w powietrzu.
Lacrime odeszła od lady znikając za drzwiami naprzeciw skórzanej kanapy. Po chwili wróciła z czerwonym płynem w złotym pucharku. Wsparła się o mahoniowy blat, rozglądając dookoła.
-Co tu robisz? Czy wiesz ile..-
Przerwał jej, kładąc na ustach wampirzycy smukły palec. –Wiem, że za mną tęsknisz- odpowiedział niewinnie- Ale nie o tym będziemy rozmawiać. Widziałem Antraverbum z..- przymknął powieki, wzdychając cicho- jak to ich zwią?-
-Jeźdźców?- przekrzywiła zabawnie głowę na bok, odrywając od warg palec lubego.
-Taak- mruknął posępnie, upijając łyk krwistej cieczy. Cóż za ulga.
-Amounius-
-Tak, tak.. Antraverbum, a na nim Amounius’a. Jednego, nieuzbrojonego-
-I mówisz o tym tak spokojnie?!- warknęła, starając się nie podnosić jednak głosu. Znów rozejrzała się dookoła.
-Spokojnie- pogładził ją po bladym policzku, mrugając zalotnie wachlarzem rzęs-Tylko nie daj innym poznać, że coś się dzieje. Obiecaj mi to, dobrze?-
-A co z Tobą? Czy…-
-Ach, ach…musisz obiecać jeszcze jedno Lacrime- uśmiechnął się złośliwie- Nigdy więcej nie będziesz się o mnie martwic- obrócił pucharek w palcach, nużąc wargi w jego zawartości- Nie jestem już młodym wampirem. Dam sobie radę. Zresztą… ptaszyska Antraverbum są ślepe- prychnął ironicznie- Nie widzą martwych, a głupiutcy jeźdźcy nie skierują ich prosto na wampira. Dobrze wiedzą, że jednym szponem potrafimy zabić ich kochane zwierzaczki- zaśmiał się pogodnie – A! I mam pewne informacje, z których chętnie skorzystam. To jak? Obiecujesz?-
-Dobrze, dobrze- mruknęła zrezygnowana- Obiecuje ci Vincencie-
-Cieszy mnie to. A teraz… pozwól, że znów opuszczę cię na- zakaszlał teatralnie- No więc… do zobaczenia- Ujął jej dłoń, składając czuły pocałunek na wierzchu.
-Już idziesz?! Ale..-
-Cii… Nie mam nic przeciw ciemności. W niej wyrosłem- uśmiechnął się tajemniczo po czym zniknął, pnąc się wraz z żylastymi łapskami, go trzymającymi, w głąb lasu. Niebo było czyste, a odgłosy Antraverbum były niedosłyszalne. Odlecieli poinformować swego pana o życiu niewinnych dusz na ziemi. Mimo to nie miał zamiaru nikomu więcej głosić tego, co widział. Wyjął z kieszeni płaszcza kieszonkowy złoty zegarek, otwierając go kliknięciem małego guziczka. Oprócz wskazówek, tarczy i liczb zegarek miał ręcznie wbudowaną pozytywkę. Melodia była wolna, melancholijna, lecz budząca wolę do walki. Z tyłu  wygrawerowane zostały inicjały osoby, którą darzył nieśmiertelnym i wielkim uczuciem- osoby, która od kilku lat nie żyła. Kasztanowowłosa dziewczyna o orzechowych oczach. Gdyby nie poznała Vincenta, dziś pewnie siedziałaby w swym pięknym białym salonie, czytając dzieła wielkich poetów. Teraz bawił się miłością, lecz wszystkie kobiety traktował z szacunkiem. Pokręcił żwawo głową, odganiając od siebie wspomnienia.
  W pół do trzeciej. Przymknął powieki, zaciskając zegarek w bladej dłoni. Schował go do kieszeni.
-V-i-n-c-e-n-c-i-e- usłyszał.
Uchylił uprzednio zamknięte powieki, rozglądając się dookoła.
-VINCENCIE-
-VINCENCIE!
-VINCENCIE!!-
-Kto tam?- warknął znudzony grą.
-Może by tak grzeczniej?- głos zaśmiał się złowrogo. Za ściętym drzewem ujrzał dwie pary czerwonych oczu.-Vincencie, ach, Vincencie…wiem co zrobiłeś Sanguisowi…ach, ach, nie ujdzie ci to na sucho ty mały potworze!- piskliwy ton zmienił się w gruby bas. Coś jakby przeleciało kilkanaście razy wokół ciała wampira, śmiejąc się gardłowo. –Pożałujesz plugawy potworze!- Czarna postać zjawiła się tuż przed jego oczyma, ukazując szereg zębów, pokrytych warstwą pleśni. –Zginiesz!- znów uciekła, wijąc się między drzewami, tak, że teraz cały las pokrywał gęsty dym, poruszający się zwinnie.
Wampir rozglądał się, nie widząc położenia przeciwnika. Coś musnęło go w kostkę, potem w ramię i nagle usłyszał odgłos, przecinającego ciało, sztyletu. Jednak on wciąż stał, nie krusząc się.
Spojrzał kilka centymetrów na prawo. Wysoki mężczyzna, obrócony tyłem do wampira chował ciemną smugę do niewielkiej fiolki.
-Witaj braciszku.- oznajmił- Jak zwykle muszę ratować cię przed tymi stworami- odwrócił się, puszczając mu perskie oko.- Tyle lat minęło- schował średni miecz, zakończony metalowym orłem na czubku, do pasa, ukrytego za płaszczem. Tak… to był TEN miecz.