sobota, 16 lipca 2011

jeden.

Londyn, rok 1872. Niektórym noc szeptała dobranoc, innym zaś dzień dobry.  Krwistoczerwone chmury otuliły niebo zapachem śmierci. Intensywna woń pławiła się ostatnimi tchnieniami ludzkich dusz, śmiejąc się wprost w zrozpaczone twarze. Pragnęli życia, a dostali odwrotność marzeń. Mroczny Kosarz nie był łaskawy. Zbierał żniwa do całkowitego wypełnienia pustego żołądka, a nawet jego przepychu. Od nadmiaru czerwonego płynu narastała go ochota na większą ilość rozkosznych łupów. Nieludzkie krzyki były dla niego muzą, wprawiającą w zadziwiająco dobry nastrój. Wszystko to pokrywało się gęstą mgłą, i nagle zaczęło znikać. Obraz stawał się ni wyraźny, ni ostry. Ostatni grzmot, a potem zryw mroźnego powietrza, wbijającego ostre szpilki w delikatną skórę... 
Zbudziła się zalana potem. Umysł wciąż nie pojmował, że jedynie śniła. Błądził po ścieżce koszmarów, czytając tabliczki z datami zgonów. Serce biło szaleńczym rytmem, nie mając zamiaru się uspokoić.
-To tylko sen.- pomyślała. Powolnym ruchem dłoni sięgnęła po niewielkie pudełeczko zapałek. Kwadratowa tekturka leżała na mahoniowej półce, jakby specjalnie czekała na wykonanie przydzielonej pracy. Zdjęła klosz i komin od lampy naftowej, regulując długość knota. Był wystarczający by obejść cały pokój wraz z połową rezydencji. Jedną z zapałek zapaliła lampkę. Nałożyła zdjęte przyrządy po czym wstała z kolosalnego łóżka, biorąc ją w rękę. Płomień padł na okno. Głucha cisza. Podeszła bliżej chwiejnym krokiem, lecz jedyne, co przywitało dziewczynę to blady księżyc. Niebo ani trochę nie wyglądało jak to ze snu. Na samo wspomnienie ogarnęły ją dreszcze obrzydzenia i strachu. Rozmyślanie przerwało pukanie do drzwi. Odwróciła się w ich kierunku, przylegając plecami do ściany.
-Kto tam?!- zawołała. Subtelny głos brzmiał teraz dość nienaturalnie.
-To ja panienko!- usłyszała w odpowiedzi.- Czy mogę?-
Odetchnęła z ulgą. Była to jedna ze służących w domu. Po tonie, domyśliła się, że musi  być nowo zatrudnioną kobietą. Zbyt głośny i piskliwy. W dodatku, która normalna służąca dobija się do pokoju swojego pana w nocy, robiąc przy tym tyle hałasu?
-Nie. Wszystko w porządku. Wracaj do siebie.-
-Ależ panienko Ellie, słyszałam dziwne odgłosy. Czy aby na pewno mam sobie pójść?-
-Jak śmiesz zwracać się do mnie po imieniu?! Jesteś tu nikim, rozumiesz?! A teraz wynoś się, póki moja cierpliwość jeszcze nie sięgnęła końcowi!- warknęła, mrużąc błękitne oczy.
-Proszę mi wybaczyć! Nie chciałam panienki urazić!- zalana szlochem odeszła.
Ellie odłożyła lampę naftową na parapet, po czym uchyliła okno, pragnąc dotlenić mózg. Ochota na dalsze przeszukiwanie ogromnej rezydencji w mgnieniu oka ją opuściła. W końcu sny to wytwór wybujałej wyobraźni. Mimo to uczucie niepokoju wciąż towarzyszyło dziewczynie. Zapach śmierci wisiał nad głową, mamiąc oszołomione  już zmysły. Była sama, a noc okrywała płaszczem całe miasto. Któż wie, co mogło czaić się pod ciemnym materiałem?
Znużona obróciła się w kierunku łóżka i zamarła. Blada cera zdawała się być przeźroczysta. Czuła, jak w gardle staje ogromna gula, której nie można przełknąć, przez co, nie można też krzyczeć. Człowiek w obliczu strachu jest porażony prądem osłupienia. Przetarła oczy, a obraz nie znikał.
Obok komody stał mężczyzna wysokiego wzrostu. Długie włosy kolorem płynnego złota swobodnie opadały na masywne ramiona. Czy był aniołem? Zdecydowanie nie. Wśród ciemnych czeluści największą uwagę przykuwały oczy. Oczy nieba ze snu- krwistoczerwone ogniki, śmiejące się z ludzkich słabości. Pogarda, wyższość i zadufanie. Jestem panem tego świata, padnij na kolana i oddaj mi cześć. Nienaturalnie szybkim ruchem zdjął z głowy czarny kapelusz, przystawiając go do pełnych warg.
-Smaczny z ciebie kąsek dziecino.- oznajmił basowym głosem.- Lecz szkoda twej urody- westchnął, z powrotem zakładając kapelusz na jasne pukle. Uśmiechnął się szeroko, ukazując szereg śnieżnobiałych zębów. Zwilżył je językiem, obnażając dwa szpiczaste kły. Gromki śmiech wypełnił uszy kruchej istoty, która nadal stała sparaliżowana. Czyżby jej sen zwiastował koniec życia na ziemi?
Mężczyzna zniknął, zaraz potem pojawił się tuż za wystraszoną Ellie. Nawet nie pisnęła.  Zaczarowana kukła, robiąca wszystko to, co jej rozkaże. 
-Moja słodka...dziś ujrzysz nowy świat- objął ją w pasie żelaznym uściskiem. Pochylił się nad szyją dziewczyny, rozkoszując  zapachem ciepłej krwi. Jego długi język skosztował alabastrowej skóry. Chciał pławic się przepysznym smakiem lecz długo nie wytrzymał. Był zbyt wygłodniały. Stuletni sen to ogromna przerwa. Instynkt łowcy dał za wygraną i z dźwięcznym chrupnięciem wbił się w tętnice młodej panienki. Czerwony płyn wypełniał nozdrza wampira, pulsując w głowie. Dziewczyna słabła, bledła, w końcu nie czuła nic. Odpływała w krainę trupich odorów, a on pęczniał z rozkoszy. 
Po dłuższej chwili oderwał się od źródła życia, przegryzając swe nadgarstki najszybciej jak mógł. I znów zaśmiał się szaleńczo.
-Pij Ellie, pij.  Oto nadeszła godzina ostateczna. Już nigdy nie ujrzysz barw tego świata, a może i nigdy ich nie widziałaś, oślepiona własnym, sztucznym blaskiem.. Biel skąpana w blasku czerwieni. Nic cię już nie uratuje, nawet pieniądze, które tak bardzo ceniłaś.  Przeznaczenia spełniają się zawsze, przed nimi nie uciekniesz. Prędzej czy później owiną cię swoim śmiercionośnym oddechem. A teraz spójrz na ziemię nowymi oczyma i szlochaj nad głupiutkimi ludźmi i zapamiętaj me imię, a brzmi ono Vincent.- puścił wijące się w agonii ciało, uśmiechając niewinnie. Odszedł, nie mówiąc, by chroniła się przed zabójczymi promieniami słońca.