czwartek, 18 sierpnia 2011

sześć.


- Na bezduszność szatana, Vincencie! Ależ ty jesteś nieporadny – przybysz wyniosłym gestem strzepnął z długiej, czarnej peleryny niewidzialny pyłek.
Wróg zniknął w odmętach czarnej gęstwiny, tylko dłoń trzymająca wcześniej miecz, lśniła lekko niebieskawym blaskiem. Długie, groteskowo wychudzone palce hipnotyzująco przebiegły po delikatnej tkaninie.
- Po co tu przyszedłeś? – warknął Vincent, z trudem  powstrzymując grymas zniechęcenia. Nie lubił tego teatralnego stylu, nie lubił przerysowanych zachowań. Drażniło go przesadne obnoszenie się z arystokratycznym pochodzeniem, które po śmierci, nawet będącej bramą do dalszego, potępionego życia, nie miało przecież żadnego znaczenia.
- Żeby po raz kolejny ratować twój słabo ukrwiony tyłek, mój drogi – machnął ręką z wyższością – oj, Vincencie! Za dużo czasu spędzasz leniąc się w trumnie, bo widzę, że twój domniemany refleks pozostawia wiele do życzenia – wyminął go, potrącając lekko ramieniem, rzucając jedno ze swoich idealnie wystudiowanych, dumnych spojrzeń.
- Gdybym miał u boku Ostrze Grimoire, też szastałbym słowami bezsenswonej oceny na prawo i lewo – rzucił Vincent i ruszyli razem, w ciemność. 
Mrok nocnego lasu pochłonął ich żarłocznie.

Kątem oka dostrzegł, że towarzyszący mu wampir na wspomnienie o mieczu chwycił niespokojnie za jego rękojeść i przesunął śpiesznie palcami po srebrnej pochwie. Uśmiechnął się ironicznie i wbił ręce w kieszenie. To było takie żałosne, patrzeć, jak potężny, nieśmiertelny wampir z przewrażliwieniem obchodzi się z materialnym obiektem. Widział, jak nieustannie drżą mu ręce, niemal czuł kołatanie niebijącego od wieków serca, zupełnie jakby na samą myśl o możliwości zagubienia owego piekielnego narzędzia, na samą myśl o kradzieży, lub jego zniszczeniu, ciało wpadało w próżnię dzikiego transu. Cóż więc znaczyło poświęcać zdolność do miłości, zdolność do odczuwania ciepła i radości z własnej, muskanej słońcem egzystencji na rzecz kawałka stali? Wyprzeć się człowieczeństwa, wyprzeć się spokoju i beztroski w zamian za klingę wykutą w ogniach potępienia? Stać się potworem w zdeformowanej, ludzkiej skórze, tylko po to by władać orężem siejącym paniczny strach wśród istot skażonych mrokiem?
‘Wyniosłość pokierowana niczym’ – parsknął w myślach, wypierając z podświadomości fakt, że sam kiedyś walczył o Ostrze Grimoire, że za przegraną w piekielnym pojedynku został zamknięty w cuchnącym sarkofagu na długie, lodowate wieki.

- Słyszałem, że zabiłeś demona.
- Słyszałeś?
- Wiesz, mój bracie. Oboje mamy w sobie cząstkę tego samego bytu. Nie wszystko da się ukryć, a  niektóre zbrodnie unoszące się w twoich żyłach przepływają duchową aortą i przez moje ciało - minęli spaloną część miast i, wyszli na światło ulicznych latarni, stukając obcasami o nierówny chodnik - krew demona ma specyficzne zabarwienie, prościej rzecz ujmując, smakuje inaczej, więc od razu wiedziałem, że dopuściłeś się czegoś znacznie gorszego niż zamordowanie paru niewinnych dziewic.
- Eluardzie, sądzę, że niepotrzebnie mieszasz się w nie swoje sprawy – Vincent wyprzedził towarzysza o pół kroku dając mu do zrozumienia, że nocny spacer wolałby odbyć w samotności. Nieuchronnie czuł zbliżający się kryzys własnej cierpliwości. Zbyt bliska obecność kolejnego potępieńca wzmaga w nim chęć ponownego złamania zasad panujących w świecie umarłych.
- Wyszarpując serce swojemu sprzymierzeńcowi, wyszarpujesz się spod baldachimu uznania, pamiętasz? – Eluard również przyspieszył – namieszałeś, Vincencie, a w naszym świecie nie istnieje coś takiego, jak przebaczenie.
Zatrzymali się przed ogromnym, pogrążonym we śnie domostwem. Cicho przekręcany klucz nie obudził służby, ciche kroki na schodach nie odbiły się zdradzieckim echem po pustych, przestronnych korytarzach.

- No, no, no – zacmokał Eluard z nonszalanckim zadowoleniem, spacerując po olbrzymim pokoju – nieźle się urządziłeś, Vincencie. Twoje upodobanie do luksusu i chorobliwie dużych powierzchni mieszkalnych, to pewnie odbicie cierpień, które przeżywałeś siedząc w ciasnym, trupim pudełku przez tyle setek lat – uśmiechnął się do przesadnie ozdobnej lampy stojącej na wymyślnie rzeźbionym, nocnym stoliku.
- Całe życie przewracam się z boku na bok, w przyciasnej trumnie – Vincent powiesił płaszcz na wieszaku i usiadł na jednym z krzeseł pośrodku sypialni.
- Udana metafora, bracie – gość przechadzał się jeszcze chwilę, przyglądając się bogatej kolekcji obrazów, po czym podszedł do niskiej ławy i napełnił stojącym tam winem dwa, misternie wykonane kieliszki – obecna postać jest jedynie kolejnym więzieniem, w którym przyszło nam spędzić resztki naszego przeklętego bytu.
- Eluardzie, powiedz mi, proszę – Vincent wziął naczynie w dwa palce i spojrzał na gościa z nieukrywanym chłodem – dlaczego tu ze mną przyszedłeś? Czyż nie miałeś tkwić na wieki w Strażnicy? Czyż nasze drogi nie rozeszły się już dawno temu? Czyż nie przysięgaliśmy sobie wzajemnych cierpień aż do oszalenia?
- Też się cieszę, że cię widzę – rzucił oschle Eluard i upił łyk, przesadnie odginając mały palec – widzisz, Vincencie, nic nie jest na tym świecie na tyle proste, by nie zesłać na twory naiwne gniewu najwyższych – przymknął powieki - cóż kombinujesz, mój drogi? Co zamierzasz uczynić w obliczu czającej się zagłady?
- A więc wiesz o Onis..
- Jak zwykle zbyt nisko mnie oceniasz – po raz kolejny przechylił kieliszek, krzywiąc się nieznacznie – zabiłem jednego z Jeźdźców, a jego ohydna krew, spływając po klindze Ostrza Grimoire, ułożyła się w znaki, z których wyczytałem wszystko to, co chciałbyś przede mną zataić, gdybyś tylko mógł.
Vincent wzruszył pogardliwie ramionami. Natrętne towarzystwo wyzwalało w nim chęć mordu, ale jednocześnie był ciekaw, jak owa pokraczna, karykaturalna niemal postać, mogłaby mu posłużyć do osiągnięcia własnych, egoistycznych celów. Powoli w jego głowie zaczął układać się brutalny, grzeszny plan. Uśmiechnął się do siebie i zamoczył usta w szkarłatnej cieczy.
- Demony z Agregum zaczynają przenikać do naszych światów – ciągnął dalej Eluard zupełnie nieświadomy tworzących się w myślach drugiego wampira, wizji – oboje wiemy, co to dla nas oznacza. Do tej pory nasz byt był nietykalny, był ponadczasowy, był całkowicie bezpieczny – znów zaczął się przechadzać po miękkim, perskim dywanie – teraz to my staniemy się głównym ich celem, a jedyną istotę, która była w stanie dać nam ochronę raczyłeś w wykwintny sposób ukatrupić. Tylko Sanguis mógł nam pomóc w zbliżającej się nieuchronnie nawałnicy, tylko on mógł powieść nas ku celowi naszej misji bez pewności natychmiastowej śmierci. Dlaczego, powiedz mi, proszę, dlaczego postąpiłeś tak nierozważnie?
- Widocznie, tak jak zauważyłeś, nie mam w zwyczaju doceniać mych towarzyszy – mruknął Vincent i z obrzydzeniem splunął na dywan. Ludzki napój rwał go w gardle swoją bezsmakowością.
- Zawiodłeś mnie, po raz kolejny zresztą – Eluard przystanął na chwilę, by przejechać palcem po złoconym świeczniku – ale mój miecz nigdy nie kłamie. Wskazał mi ciebie i z tobą muszę związać swój przyszły los, a może i także los wszystkich światów – podszedł do Vincenta i spojrzał na niego z góry, kolejnym wyniosłym, nieznoszącym sprzeciwu wzrokiem.
- Wiesz gdzie szukać Aide or’Herrduq’a, Eluardzie?
- Aide to jedynie etap w walce o nasze potępione dusze – Eluard uśmiechnął się przebiegle – ale jakże ważny etap, mój drogi. Ostrze wyśpiewało mi to podczas proroczego snu. Kimkolwiek jest i cokolwiek ma nam do zaoferowania, musimy go odnaleźć i połączyć się z nim na czas naszej wędrówki, tak więc.. – skrzywił się z nieukrywaną pogardą -.. zawczasu naucz się panować nad swoim krwiożerczym apetytem. Ten chłopak niedługo skończy osiemnaście lat, a z tego co pamiętam nigdy nie byłeś w stanie oprzeć się tak młodej skórze.
- Eluardzie, doprawdy, twoje poczucie humoru potrzebuje solidnie zbitej trumny – Vincent zaśmiał się kpiąco i wzniósł w górę swój prawie pusty kieliszek – jesteśmy umarłymi, Eluardzie, wino ma dla nas smak niebytu, pij je zatem do dna, wampirze – wbił wzrok w lodowate oczy swojego towarzysza i podniósł naczynie jeszcze wyżej – pij do dna i delektuj się nicością, bo tak bowiem będzie smakować nasza przyszłość.
Ze złowieszczą satysfakcją patrzył, jak Eluard wypija samotnie za wzniesiony toast, jak wypija za własną śmierć.