poniedziałek, 22 sierpnia 2011

siedem.

-Eluardzie- wampir zakaszlał teatralnie, zwracając tym sposobem na siebie nieobecny wzrok brata- Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że niedługo wzejdzie słońce?- przysłonił anemiczną dłonią pełne wargi, udając, że ziewa. –Powinieneś wrócić na ten czas do siebie…O ile masz dokąd wrócić- mruknął pogardliwie, wyszczerzając śnieżnobiałe zęby w złośliwym uśmiechu
-Myślałem, że już to ustaliliśmy.- Eluard zamrugał energicznie, kładąc dłoń na rękojeści Ostrza Grimoire.
-To, że TEN miecz cię tu przywiódł, nie znaczy, że będziesz stałym bywalcem w mym domu- prychnął, mierzwiąc złote pukle subtelnym pociągnięciem palców.
-Nie zapominaj, że razem stanowimy jedność. Nie zapominaj po co musimy działać razem. Nie obchodzi mnie twoja duma, ani to….- miał coś powiedzieć, lecz w porę „ugryzł się w język”.
-Chodzi ci o Leaverean?- zmarszczył czoło, zaciskając dłonie w piąstki- Śmiesz przywoływać jej imię?!- wstał z fotela obitego czerwoną skórą, łapiąc Eluarda za kołnierz białej koszuli. Popchnął go na ścianę, przyciskając do niej najmocniej jak mógł- Śmiesz wspominać naszych „ukochanych” rodzicach?! Niech cię piekło pochłonie!- warknął, kolejny raz odbijając twardym ciałem brata o ścianę.
-Uspokój się- zaśmiał się ironicznie- złość piękności szkodzi..A zresztą- zacmokał z dezaprobatą, splatając swe dłonie z dłońmi Vincenta- Nie wspominałem o Leaveran, ani o rodzicach-
-Ale chciałeś- zacisnął szczupłe palce wokół fikuśnego żabotu -Jesteś taki sam, jak oni- prychnął, puszczając go. Eluard opadł na podłogę, poprawiając zniszczone fragmenty materiału.
-No i widzisz Vincencie- przewrócił zabawnie oczyma- Popsułeś mi koszulę- westchnął przeciągle. Przez dłuższą chwilę obaj milczeli.
-Vincencie..nie mogłem nic zrobić, gdy Fehlix i Berwena robili sobie pożywkę z Lea…-
-Zamilcz!- warknął niczym pies ze spienionym pyskiem. Jego dłonie swobodnie spoczywały w kieszeni. Jedna trzymała złoty zegarek z wygrawerowanymi inicjałami.-Bynajmniej już nie żyją- pogładził literę „L” kciukiem.
-I tu się mylisz- usłyszał w odpowiedzi.
-Co masz na myśli?- odwrócił się do niego, przekrzywiając głowę na bok.
-Fehlix i Berewna nie umarli. Pomyśl… kiedy spaliłeś ich mieszkanie, nie zauważyłeś nic ciekawego? Co prawda…paląc ich mieszkanie, pozbawiłeś mnie dachu nad głową. Nie mam ci tego za złe- machnął dłonią w powietrzu- Znalazłem szybko..przytulne pomieszczenie- wykrzywił usta w znużonym grymasie.
-Do rzeczy Eluardzie-
-Widzisz…Dwanaście lat temu, demony z Onis planowały swą ucieczkę. Potrzebowały do tego kilka ofiar ze świata ludzi. Najlepiej dziewic- spojrzał na brata z wyraźnym rozbawieniem- A z racji, że te ścierwa nie mają własnych ciał, potrzebowali łączników.-
-I że niby…-
-Nie przerywaj mi- odchrząknął głośno, przewracając lazurowymi tęczówkami.- Ale tak. Nasi rodzice..-
-Nie mów tak o nich- warknął, przytupując nogą
-Vincencie!- westchnął przeciągle- Fehlix i Berwena, niech będzie, tylko daj mi skończyć! Z tego co się dowiedziałem, kiedyś spotkali się z tym od bramy Onis.- zaśmiał się krótko- Głupcy, dali się przekonać władzą nad Chaosem..Jakby ktokolwiek mógł nad nim zapanować- prychnął pogardliwie.
-A co z tym wszystkim wspólnego ma Leaverean?- zmrużył zmęczone powieki, nerwowo patrząc na szyby okienne.
-Jak już wspominałem...Ofiary ze świata ludzi, dziewice..Vincencie nadal nie rozumiesz? Spotykałeś się z idealną kandydatką. To dlatego Fehlix i Brewena nie pozwolili ci zamienic jej w wampirzycę. Czekali na odpowiedni moment. Nie wiem jednak czemu zrobili to na twoich oczach… W których- podszedł bliżej obdarowując go współczującym spojrzeniem- widzę melodię, śpiewaną przez nuty egzystencjonalnego bólu-
-Zjedli ją żywcem- dokończył za niego
-Tak, tak..lecz potem musieli oddać wypitą krew Władcy Bramy tej piekielnej doliny. A on…wysysał z nich resztki nikczemnego życia. A teraz- wzruszył obojętnie ramionami- są demonami Onis.
-Demonami Onis?- uniósł ku górze jedną z brwi, splatając czubki palców.
Eluard przytaknął głową, uśmiechając się pogodnie.-I wiedz, że gdy ich znajdziemy, pozwolę ci osobiście zadać im najgorszych cierpień, jakich doświadczą w latach egzystencji.-
-Oj tak- zamruczał, oblizując krwistoczerwone wargi- Będą błagać o litość- Lecz nie zaznają łaski od syna, który wyrzekł się ich u samych stóp szatana.-
-Ty tu obmyślasz swą słodką, niczym nektar boski, zemstę, a słońce wschodzi.- pokręcił głową z niedowierzeniem- Więc pozwolisz mi zostać?-
-Może…na jakiś czas-
Obaj uśmiechnęli się do siebie, ruszając do tej samej trumny. Tego dnia, znów, złączeni ciałem i umysłem. Spowici oddechami, poczętymi z tej samej krwi.
Śnili o chłopcu, który w tej chwili znajdował się w pomieszczeniu o kilkuset drzwiach. Marszcząc czoło, wyciągając dłoń w kierunku złotej klamki, wypowiadał dziwne zaklęcia. Umysłem otwierał przeszkody, sunąc w powietrzu nad kafelkowanymi podłogami. Zawsze pamiętał drogę. Zawsze wiedział, które przejścia są tymi właściwymi. To był on- chłopiec, którego wyznaczyło Ostrze.
...
-Vincencie?- 
-Vincencie, już noc- oznajmił cicho miękki głos. Wampir przetarł ociężałe powieki, wychodząc szybkim skokiem z trumny.
-Eluardzie, czy ty też? Czy ty też śniłeś o nim? O drzwiach?-zapytał, poprawiając rozpięty guzik.
-Tak- odpowiedział, zamykając wieko nieśmiertelnego łoża.-Musimy znaleźć to miejsce. Teraz już widzisz dlaczego tak ważne jest, byśmy trzymali się razem.-
Blondyn skinął głową, drapiąc się po bladym policzku. Było to zbędne. Te istoty nie odczuwają niczego, co ludzkie.
-Wiesz co to za pokoje?-
-Nie. Pojęcia nie mam- zmarszczył czoło. Skierowali się po kamiennych schodach na górę. Płomienie świecy, strzegącej  trumnę zgasły jak za podmuchem silnego wiatru. Teraz jedynie stukot obcasów odbijał się echem od wilgotnej piwnicy. Zapach śmierci, zapach zgniłych ciał.
-To zapytaj tego Ostrza- mruknął Vince, gdy znaleźli się w kolosalnym salonie.
-To nie byle jakie Ostrze..I żebyś wiedział, że zapytam- zaśmiał się ponuro. Wyjął z pochwy miecz, kładąc go na puszystym dywanie. -Chwyć mnie za rękę- rozkazał.
-Zamiaru nie mam!- splótł dłonie na wysokości klatki piersiowej.
-Nie bądź dzieckiem. Chcesz zabić Fehlixa i Berwene?-uśmiechnął się triumfalnie, bo tak jak rozkazał, tak zrobił.
-Saaver reque hvare- wyszeptał.
Ogarnęła ich ciemność, która tłamsiła gardła niewidzialnym dymem. Wirowali w powietrzu jak baletnice na scenie. Przyjemna woń wypełniała nozdrza, rozsadzając je od środka swą słodkością.
-Pokaż, pokaż mi to, czego sam nie wiem- krzyknął Eluard. 
Wąska ścieżka, spalone budynki, las i wielka łapa.
-To prowadzi do Fas Erie- oznajmił Vincent, nadal ściskając dłoń swego brata.
Drzwi za ladą, szkarłatny korytarz, las, jaskinia, drzwi, setki drzwi.
-Myślę, że wiem, gdzie szukać- 
Spojrzeli na siebie z rozchylonymi wargami. 

czwartek, 18 sierpnia 2011

sześć.


- Na bezduszność szatana, Vincencie! Ależ ty jesteś nieporadny – przybysz wyniosłym gestem strzepnął z długiej, czarnej peleryny niewidzialny pyłek.
Wróg zniknął w odmętach czarnej gęstwiny, tylko dłoń trzymająca wcześniej miecz, lśniła lekko niebieskawym blaskiem. Długie, groteskowo wychudzone palce hipnotyzująco przebiegły po delikatnej tkaninie.
- Po co tu przyszedłeś? – warknął Vincent, z trudem  powstrzymując grymas zniechęcenia. Nie lubił tego teatralnego stylu, nie lubił przerysowanych zachowań. Drażniło go przesadne obnoszenie się z arystokratycznym pochodzeniem, które po śmierci, nawet będącej bramą do dalszego, potępionego życia, nie miało przecież żadnego znaczenia.
- Żeby po raz kolejny ratować twój słabo ukrwiony tyłek, mój drogi – machnął ręką z wyższością – oj, Vincencie! Za dużo czasu spędzasz leniąc się w trumnie, bo widzę, że twój domniemany refleks pozostawia wiele do życzenia – wyminął go, potrącając lekko ramieniem, rzucając jedno ze swoich idealnie wystudiowanych, dumnych spojrzeń.
- Gdybym miał u boku Ostrze Grimoire, też szastałbym słowami bezsenswonej oceny na prawo i lewo – rzucił Vincent i ruszyli razem, w ciemność. 
Mrok nocnego lasu pochłonął ich żarłocznie.

Kątem oka dostrzegł, że towarzyszący mu wampir na wspomnienie o mieczu chwycił niespokojnie za jego rękojeść i przesunął śpiesznie palcami po srebrnej pochwie. Uśmiechnął się ironicznie i wbił ręce w kieszenie. To było takie żałosne, patrzeć, jak potężny, nieśmiertelny wampir z przewrażliwieniem obchodzi się z materialnym obiektem. Widział, jak nieustannie drżą mu ręce, niemal czuł kołatanie niebijącego od wieków serca, zupełnie jakby na samą myśl o możliwości zagubienia owego piekielnego narzędzia, na samą myśl o kradzieży, lub jego zniszczeniu, ciało wpadało w próżnię dzikiego transu. Cóż więc znaczyło poświęcać zdolność do miłości, zdolność do odczuwania ciepła i radości z własnej, muskanej słońcem egzystencji na rzecz kawałka stali? Wyprzeć się człowieczeństwa, wyprzeć się spokoju i beztroski w zamian za klingę wykutą w ogniach potępienia? Stać się potworem w zdeformowanej, ludzkiej skórze, tylko po to by władać orężem siejącym paniczny strach wśród istot skażonych mrokiem?
‘Wyniosłość pokierowana niczym’ – parsknął w myślach, wypierając z podświadomości fakt, że sam kiedyś walczył o Ostrze Grimoire, że za przegraną w piekielnym pojedynku został zamknięty w cuchnącym sarkofagu na długie, lodowate wieki.

- Słyszałem, że zabiłeś demona.
- Słyszałeś?
- Wiesz, mój bracie. Oboje mamy w sobie cząstkę tego samego bytu. Nie wszystko da się ukryć, a  niektóre zbrodnie unoszące się w twoich żyłach przepływają duchową aortą i przez moje ciało - minęli spaloną część miast i, wyszli na światło ulicznych latarni, stukając obcasami o nierówny chodnik - krew demona ma specyficzne zabarwienie, prościej rzecz ujmując, smakuje inaczej, więc od razu wiedziałem, że dopuściłeś się czegoś znacznie gorszego niż zamordowanie paru niewinnych dziewic.
- Eluardzie, sądzę, że niepotrzebnie mieszasz się w nie swoje sprawy – Vincent wyprzedził towarzysza o pół kroku dając mu do zrozumienia, że nocny spacer wolałby odbyć w samotności. Nieuchronnie czuł zbliżający się kryzys własnej cierpliwości. Zbyt bliska obecność kolejnego potępieńca wzmaga w nim chęć ponownego złamania zasad panujących w świecie umarłych.
- Wyszarpując serce swojemu sprzymierzeńcowi, wyszarpujesz się spod baldachimu uznania, pamiętasz? – Eluard również przyspieszył – namieszałeś, Vincencie, a w naszym świecie nie istnieje coś takiego, jak przebaczenie.
Zatrzymali się przed ogromnym, pogrążonym we śnie domostwem. Cicho przekręcany klucz nie obudził służby, ciche kroki na schodach nie odbiły się zdradzieckim echem po pustych, przestronnych korytarzach.

- No, no, no – zacmokał Eluard z nonszalanckim zadowoleniem, spacerując po olbrzymim pokoju – nieźle się urządziłeś, Vincencie. Twoje upodobanie do luksusu i chorobliwie dużych powierzchni mieszkalnych, to pewnie odbicie cierpień, które przeżywałeś siedząc w ciasnym, trupim pudełku przez tyle setek lat – uśmiechnął się do przesadnie ozdobnej lampy stojącej na wymyślnie rzeźbionym, nocnym stoliku.
- Całe życie przewracam się z boku na bok, w przyciasnej trumnie – Vincent powiesił płaszcz na wieszaku i usiadł na jednym z krzeseł pośrodku sypialni.
- Udana metafora, bracie – gość przechadzał się jeszcze chwilę, przyglądając się bogatej kolekcji obrazów, po czym podszedł do niskiej ławy i napełnił stojącym tam winem dwa, misternie wykonane kieliszki – obecna postać jest jedynie kolejnym więzieniem, w którym przyszło nam spędzić resztki naszego przeklętego bytu.
- Eluardzie, powiedz mi, proszę – Vincent wziął naczynie w dwa palce i spojrzał na gościa z nieukrywanym chłodem – dlaczego tu ze mną przyszedłeś? Czyż nie miałeś tkwić na wieki w Strażnicy? Czyż nasze drogi nie rozeszły się już dawno temu? Czyż nie przysięgaliśmy sobie wzajemnych cierpień aż do oszalenia?
- Też się cieszę, że cię widzę – rzucił oschle Eluard i upił łyk, przesadnie odginając mały palec – widzisz, Vincencie, nic nie jest na tym świecie na tyle proste, by nie zesłać na twory naiwne gniewu najwyższych – przymknął powieki - cóż kombinujesz, mój drogi? Co zamierzasz uczynić w obliczu czającej się zagłady?
- A więc wiesz o Onis..
- Jak zwykle zbyt nisko mnie oceniasz – po raz kolejny przechylił kieliszek, krzywiąc się nieznacznie – zabiłem jednego z Jeźdźców, a jego ohydna krew, spływając po klindze Ostrza Grimoire, ułożyła się w znaki, z których wyczytałem wszystko to, co chciałbyś przede mną zataić, gdybyś tylko mógł.
Vincent wzruszył pogardliwie ramionami. Natrętne towarzystwo wyzwalało w nim chęć mordu, ale jednocześnie był ciekaw, jak owa pokraczna, karykaturalna niemal postać, mogłaby mu posłużyć do osiągnięcia własnych, egoistycznych celów. Powoli w jego głowie zaczął układać się brutalny, grzeszny plan. Uśmiechnął się do siebie i zamoczył usta w szkarłatnej cieczy.
- Demony z Agregum zaczynają przenikać do naszych światów – ciągnął dalej Eluard zupełnie nieświadomy tworzących się w myślach drugiego wampira, wizji – oboje wiemy, co to dla nas oznacza. Do tej pory nasz byt był nietykalny, był ponadczasowy, był całkowicie bezpieczny – znów zaczął się przechadzać po miękkim, perskim dywanie – teraz to my staniemy się głównym ich celem, a jedyną istotę, która była w stanie dać nam ochronę raczyłeś w wykwintny sposób ukatrupić. Tylko Sanguis mógł nam pomóc w zbliżającej się nieuchronnie nawałnicy, tylko on mógł powieść nas ku celowi naszej misji bez pewności natychmiastowej śmierci. Dlaczego, powiedz mi, proszę, dlaczego postąpiłeś tak nierozważnie?
- Widocznie, tak jak zauważyłeś, nie mam w zwyczaju doceniać mych towarzyszy – mruknął Vincent i z obrzydzeniem splunął na dywan. Ludzki napój rwał go w gardle swoją bezsmakowością.
- Zawiodłeś mnie, po raz kolejny zresztą – Eluard przystanął na chwilę, by przejechać palcem po złoconym świeczniku – ale mój miecz nigdy nie kłamie. Wskazał mi ciebie i z tobą muszę związać swój przyszły los, a może i także los wszystkich światów – podszedł do Vincenta i spojrzał na niego z góry, kolejnym wyniosłym, nieznoszącym sprzeciwu wzrokiem.
- Wiesz gdzie szukać Aide or’Herrduq’a, Eluardzie?
- Aide to jedynie etap w walce o nasze potępione dusze – Eluard uśmiechnął się przebiegle – ale jakże ważny etap, mój drogi. Ostrze wyśpiewało mi to podczas proroczego snu. Kimkolwiek jest i cokolwiek ma nam do zaoferowania, musimy go odnaleźć i połączyć się z nim na czas naszej wędrówki, tak więc.. – skrzywił się z nieukrywaną pogardą -.. zawczasu naucz się panować nad swoim krwiożerczym apetytem. Ten chłopak niedługo skończy osiemnaście lat, a z tego co pamiętam nigdy nie byłeś w stanie oprzeć się tak młodej skórze.
- Eluardzie, doprawdy, twoje poczucie humoru potrzebuje solidnie zbitej trumny – Vincent zaśmiał się kpiąco i wzniósł w górę swój prawie pusty kieliszek – jesteśmy umarłymi, Eluardzie, wino ma dla nas smak niebytu, pij je zatem do dna, wampirze – wbił wzrok w lodowate oczy swojego towarzysza i podniósł naczynie jeszcze wyżej – pij do dna i delektuj się nicością, bo tak bowiem będzie smakować nasza przyszłość.
Ze złowieszczą satysfakcją patrzył, jak Eluard wypija samotnie za wzniesiony toast, jak wypija za własną śmierć. 

sobota, 13 sierpnia 2011

pięć.

Spacerował nierówną uliczką, wyłożoną starym kamieniem. Umysł buzował pod wpływem soczystej, ciepłej krwi. Wypełniała go całego, owijając przyjemnym żarem drobne, acz twarde ciało. Była narkotykiem. Była czymś, czego koniecznie potrzebował, by egzystować, by mieć chęć do życia, by nie umrzeć, nie zginać w otchłani rozkładającego się piekła. Czuł zapach osocza, żelaza, mieszanki strachu ze śmierdzącym potem. Uśmiechnął się pod nosem, ocierając kąciki warg białą chusteczką- wciąż wilgotne. Westchnął rozkosznie. A może tak znów zatopić się w zgrabnej człowieczej szyi? W gorącej tętnicy, tryskającej wodospadem szczęścia. Sączyć krew, podgryzając małe żyłki. Wbić szpiczaste szpony w bladą skórę i schwytać centrum życia, radując zęby głośnymi chrupnięciami. Najpierw serce, a na deser aorta.. Oblizał usta ze smakiem, rozglądając się dookoła. Niestety, szybko się zawiódł- nie było nikogo, kto mógłby zaspokoić ogromną żądzę, której nie było końca. Mruknął, marszcząc w złości brwi. Blask księżyca  padał na porcelanową twarz wampira, właśnie gorąco nad czymś rozmyślającego.
- Fas Erie!- uśmiechnął się szeroko, przyspieszając, już i tak nieludzko szybkiego, kroku. Skręcił w wąską uliczkę na prawo, mijając spróchniałe budynki, w których mieszkać mogły jedynie szczury. Pamiętał pożar sprzed kilkunastu lat. Ruiny domów, walące się deski, smród moczu i alkoholu. Smród zwęglonych ciał…wciąż wyczuwalnych. Prychnął, przykładając do nosa chusteczkę, którą wcześniej wycierał ostatnie, spływające po wargach, krople krwi. Poił się zapachem czerwonej cieczy, śmiejąc w duchu. –Ach, już niedługo- pomyślał.
Wkroczył w gęsty las. Gałęzie kruszyły się pod wpływem nacisku twardej stopy, kłaniając się silnemu stworzeniu. Czyjś cień szybował nad drzewami. Rozchylił nieznacznie usta w złośliwym grymasie -No, no- zacmokał z udawanym przejęciem- Mamy kłopot-
W górze latało ptaszysko z płonącym upierzeniem- Antraverbum. Szpiczasty łeb pokrywała czarna łuska, rozdzielająca się na kilka kolców na czubku. W miejscu oczu zwisała pomarszczona, lekko różowa skóra , ociekająca fioletowozieloną krwią. Wampir wykrzywił usta w obrzydzeniu. –Zgnita-. Skrzeczący głos ptaszyska, przypominający krzyki ludzi obdzieranych ze skóry roznosił się po niebie echem. Vincent spojrzał jeszcze wyżej. Tak jak myślał- Antraverbum miał ciekawego pasażera, czy raczej właściciela spoza tego wymiaru. Przezroczysta powłoka czarnej postaci, tliła się jak dym wygasającego węgla, zostawiając po sobie spiralne smugi. A więc przedostali się. Wzruszył obojętnie ramionami, bo przecież unicestwianie martwych nie należało do jego obowiązków, a bynajmniej, jeszcze nie. Tylko jeden, w dodatku nieuzbrojony, niegroźny szczyl, latający na zwiady.
-No nic, na mnie pora- mruknął, łudząc się, że jego głos doleci w otchłanie ciemności. Zastukał obcasem w konar sosny - Portes-moi avec toi, portes-moi dans les ténèbres- wyszeptał. Z ziemi wystrzeliły dwie żylaste łapy, pochłaniające go w całości. Wijąc się tunelem w dół rozmyślał nad przyszłością wymiarów. Co jeśli zbudzi się Chaos? Podrapał się po brodzie, kręcąc przecząco głową. –To niemożliwe. Potrzeba wszystkich kluczy by uwolnić go z bramy Terirae-
Poczuł twardy grunt pod stopami. Był na miejscu- miejscu spotkań wampirów. Pomyśleć, że przywiodło go zwykłe łakomstwo krwi. Pchnął drewniane drzwiczki, otwierając je na oścież. Półmrok wnętrza ucieszył błyszczące oczy Vince. Dawno nie gościł w Fas Erie, a czas najwyższy. Nikt nie zwracał uwagi na nowoprzybyłego.. Pewnym krokiem podszedł do lady, siadając na skórzanym krześle.
-Co podać?- zapytała kobieta o zmysłowo pełnych wargach i rudych lokach, wijących się na drobnych ramionach. Wampir zlustrował ją szybkim ruchem gałek ocznych, uśmiechając się mimowolnie. Rozpoznał ją.
-Lacrime e Sangue- rzekł melodyjnie, pochylając się nad twarzą kobiety. Owinął ją lodowatym powietrzem, które pachniało dopiero co wypitą krwią. Ujął łagodny podbródek w długie szpony, patrząc nań lubieżnym wzrokiem.
-Vincent- odpowiedziała, całkiem poddana urokowi dawnego kochanka. Ledwo uwolniła się z żelaznego uścisku, niechętnie powracając z chwilowego uniesienia.
-Więc jeszcze tu pracujesz?- uniósł ku górze jedną z brwi, starając się powstrzymać dziki śmiech.- Szklankę krwi, czyli to co zwykle- machnął dłonią w powietrzu.
Lacrime odeszła od lady znikając za drzwiami naprzeciw skórzanej kanapy. Po chwili wróciła z czerwonym płynem w złotym pucharku. Wsparła się o mahoniowy blat, rozglądając dookoła.
-Co tu robisz? Czy wiesz ile..-
Przerwał jej, kładąc na ustach wampirzycy smukły palec. –Wiem, że za mną tęsknisz- odpowiedział niewinnie- Ale nie o tym będziemy rozmawiać. Widziałem Antraverbum z..- przymknął powieki, wzdychając cicho- jak to ich zwią?-
-Jeźdźców?- przekrzywiła zabawnie głowę na bok, odrywając od warg palec lubego.
-Taak- mruknął posępnie, upijając łyk krwistej cieczy. Cóż za ulga.
-Amounius-
-Tak, tak.. Antraverbum, a na nim Amounius’a. Jednego, nieuzbrojonego-
-I mówisz o tym tak spokojnie?!- warknęła, starając się nie podnosić jednak głosu. Znów rozejrzała się dookoła.
-Spokojnie- pogładził ją po bladym policzku, mrugając zalotnie wachlarzem rzęs-Tylko nie daj innym poznać, że coś się dzieje. Obiecaj mi to, dobrze?-
-A co z Tobą? Czy…-
-Ach, ach…musisz obiecać jeszcze jedno Lacrime- uśmiechnął się złośliwie- Nigdy więcej nie będziesz się o mnie martwic- obrócił pucharek w palcach, nużąc wargi w jego zawartości- Nie jestem już młodym wampirem. Dam sobie radę. Zresztą… ptaszyska Antraverbum są ślepe- prychnął ironicznie- Nie widzą martwych, a głupiutcy jeźdźcy nie skierują ich prosto na wampira. Dobrze wiedzą, że jednym szponem potrafimy zabić ich kochane zwierzaczki- zaśmiał się pogodnie – A! I mam pewne informacje, z których chętnie skorzystam. To jak? Obiecujesz?-
-Dobrze, dobrze- mruknęła zrezygnowana- Obiecuje ci Vincencie-
-Cieszy mnie to. A teraz… pozwól, że znów opuszczę cię na- zakaszlał teatralnie- No więc… do zobaczenia- Ujął jej dłoń, składając czuły pocałunek na wierzchu.
-Już idziesz?! Ale..-
-Cii… Nie mam nic przeciw ciemności. W niej wyrosłem- uśmiechnął się tajemniczo po czym zniknął, pnąc się wraz z żylastymi łapskami, go trzymającymi, w głąb lasu. Niebo było czyste, a odgłosy Antraverbum były niedosłyszalne. Odlecieli poinformować swego pana o życiu niewinnych dusz na ziemi. Mimo to nie miał zamiaru nikomu więcej głosić tego, co widział. Wyjął z kieszeni płaszcza kieszonkowy złoty zegarek, otwierając go kliknięciem małego guziczka. Oprócz wskazówek, tarczy i liczb zegarek miał ręcznie wbudowaną pozytywkę. Melodia była wolna, melancholijna, lecz budząca wolę do walki. Z tyłu  wygrawerowane zostały inicjały osoby, którą darzył nieśmiertelnym i wielkim uczuciem- osoby, która od kilku lat nie żyła. Kasztanowowłosa dziewczyna o orzechowych oczach. Gdyby nie poznała Vincenta, dziś pewnie siedziałaby w swym pięknym białym salonie, czytając dzieła wielkich poetów. Teraz bawił się miłością, lecz wszystkie kobiety traktował z szacunkiem. Pokręcił żwawo głową, odganiając od siebie wspomnienia.
  W pół do trzeciej. Przymknął powieki, zaciskając zegarek w bladej dłoni. Schował go do kieszeni.
-V-i-n-c-e-n-c-i-e- usłyszał.
Uchylił uprzednio zamknięte powieki, rozglądając się dookoła.
-VINCENCIE-
-VINCENCIE!
-VINCENCIE!!-
-Kto tam?- warknął znudzony grą.
-Może by tak grzeczniej?- głos zaśmiał się złowrogo. Za ściętym drzewem ujrzał dwie pary czerwonych oczu.-Vincencie, ach, Vincencie…wiem co zrobiłeś Sanguisowi…ach, ach, nie ujdzie ci to na sucho ty mały potworze!- piskliwy ton zmienił się w gruby bas. Coś jakby przeleciało kilkanaście razy wokół ciała wampira, śmiejąc się gardłowo. –Pożałujesz plugawy potworze!- Czarna postać zjawiła się tuż przed jego oczyma, ukazując szereg zębów, pokrytych warstwą pleśni. –Zginiesz!- znów uciekła, wijąc się między drzewami, tak, że teraz cały las pokrywał gęsty dym, poruszający się zwinnie.
Wampir rozglądał się, nie widząc położenia przeciwnika. Coś musnęło go w kostkę, potem w ramię i nagle usłyszał odgłos, przecinającego ciało, sztyletu. Jednak on wciąż stał, nie krusząc się.
Spojrzał kilka centymetrów na prawo. Wysoki mężczyzna, obrócony tyłem do wampira chował ciemną smugę do niewielkiej fiolki.
-Witaj braciszku.- oznajmił- Jak zwykle muszę ratować cię przed tymi stworami- odwrócił się, puszczając mu perskie oko.- Tyle lat minęło- schował średni miecz, zakończony metalowym orłem na czubku, do pasa, ukrytego za płaszczem. Tak… to był TEN miecz.