niedziela, 31 lipca 2011

cztery.

- Jaki masz pomysł, wampirze? – zaskrzeczał Sanguis, gdy przemierzali w pośpiechu ulice ponurego, uśpionego miasta. Długie nogi jego towarzysza robiły tak wielkie kroki, że musiał biec, by za nim nadążyć, by nie zostać w tyle, by nie zgubić się w odmętach zwodniczej, upiornie ludzkiej metropolii. Nie znał tego świata, nie umiał się w nim poruszać. Zapach człowieka dezorientował jego zmysły, bliskość tej zupełnie bezwartościowej istoty napawała go obrzydzeniem i przyprawiała o nieprzyjemne dreszcze chęci absurdalnie pojętej zagłady, której interpretacja wirowała jego wnętrzem w zawrotnym tempie. Ale tej nocy nie miał możliwości unicestwiania, nie miał szans na wyzwolenie bezwzględności, na zaspokojenie własnego, zatrutego odorem ciemności, instynktu.
Tej nocy miał postać marnego dzieciaka, szczyla, który musiał podążać za mężczyzną w czarnym, pachnącym śmiercią płaszczu, jak wierny piesek za swoim właścicielem. Tej nocy miał chude, wiotkie kończyny, żałosną chłopięcą buzię, paskudnie człowieczy uśmiech. Tej nocy był nikim.
Tak karano w piekle demonicznych straceńców.
Vincent nie odpowiadał. Starał się, by w głowie kołatała mu tylko jedna myśl, nieco przyćmiewana rosnącym głodem, który wzmagało każde otarcie się, namacalnym niemal pragnieniem o mury zamieszkiwanych przez ludzi budynków. Zamieszkiwanych przez jego pożywienie. Zamieszkiwanych przez jego krew, przez jego życie. Przyspieszył. Słyszał za sobą nierówne kroki swojego ‘partnera’, ale nie zamierzał ani się zatrzymywać, ani zwalniać, ani cokolwiek wyjaśniać. Musiał jak najszybciej przebrnąć przez ciemne ulice, bez tracenia cennego czasu. A przecież z głodem nie tak łatwo było wygrać. Nie tak łatwo było oprzeć się pokusie napełnienia żył ciepłym, gęstym płynem swoich ofiar. Zastukał mocniej obcasami o brudny chodnik, by nie rozproszyć się w nieskończoności morderczej psychozy.
Jedna myśl, tylko jedna myśl się teraz liczyła.

Obrzeża miasta spowijał jeszcze większy  mrok, jeszcze gęstsza mgła nocnego odrealnienia, jeszcze dotkliwszy chłód i przenikliwsza cisza. Cisza wiecznego spoczynku, wiecznie gnijących roślin, wiecznie rozkładających się ciał i błąkających dusz. Przez chwilę kluczył wśród zarośli, by w końcu odnaleźć to, czego szukał. Mała chatka stała wciśnięta pomiędzy omszałe głazy, zlewając się całkowicie z leśną gęstwiną. Wiecznie ukryta w nieprzeniknionych ciemnościach, które potęgowała pochmurna, pozbawiona życia noc, nie była dostrzegalna dla ludzkiego oka. Ale wampir umiał odczytywać w mroku więcej niż zwykły śmiertelnik. W końcu czerń była jego siostrą, jego siostrą bliźniaczką o jednym ciele i wspólnej, potępionej na wieki duszy.
Demon przystanął obok. Jego ciało oddychało z trudem, ale męczący bieg nijak nie wpłynął na stan jego umysłu, na jego wnętrze, nieustannie emanujące piekielną potęgą nie z tego świata. Mrużył tlące czerwonym blaskiem oczy, parował lekką wonią spalonej, ludzkiej skóry, przestępował z nogi na nogę, zapominając, że jako człowiek był tylko parodią żywej istoty.
- „Martwy cień nigdy nie puka do bram swojego piekła” – mruknął wampir i otworzył spróchniałe, upiornie skrzypiące drzwi.

Olbrzymia, sięgająca krwawo-czerwonego nieba biblioteka pochłonęła ich ciała z cichym jęknięciem, wewnętrzną powłokę wieszając na kołku tuż przy wejściu, niczym jakieś groteskowe płaszcze wędrujących gości. Teraz byli tylko cieniami, podpieranymi przez podmuchy silnego wiatru, który szalał w długim, ciasnym korytarzu prowadzącym do głównej siedziby Yautah Wakahe – Królowej Wiedzy Potępionej - miejsca, do którego mógł wejść tylko umarły, tylko wytwór przerażającej potęgi zła i nikczemności, tylko ten, którego dusza została przepalona krwią zgładzonych, niewinnych żyć.
Tysiące ciemnych ptaków zataczało ideale kręgi nad kamiennym stołem, na którym siedziała kukła wypchana zgniecionymi ryzami czystego papieru, kukła o oczach jak wszechświat, jak bezmiar pragnienia wszechwiedzy, jak głód nieśmiertelności.
- Czego chcesz, Vincencie Wampirze? – zaszeleściły papierowe usta. Kruki zatrzepotały mocniej skrzydłami, wzbijając się wyżej, ponad granicę nawet pozbawionego ciała, wzroku.
- Tego co zawsze, moja słodka Yau – skłonił się lekko, dając nieistniejącą ręką  znak Sanguisowi, by zrobił to samo.
- Witasz się ze mną zagadką? – gazeciane włosy rozwiały się lekko, w podmuchu rozbawienia.
- Witasz się ze mną pytaniem, na które znasz odpowiedź?
- Vincencie, twoja pewność siebie kiedyś zrobi z ciebie bezkształtny niebyt.
- Skoro tak mówisz, niech i tak będzie – wampir zbliżał się do kamiennego stołu, raczej czując niż słysząc, jak szum skrzydeł olbrzymich kruków, z każdym jego krokiem oddala się jeszcze bardziej, jeszcze głębiej zapadając się w odmęty Nieskończoności.
- Niczego nie obiecuję – zaszeleściła ponownie, wyciągając w jego kierunku pożółkłą dłoń o palcach pokrytych starożytnymi runami.
- A szkoda - skrzywił się z niesmakiem, gdy delikatnie musnęła jego cień, gdy rozproszyła jego ramie w gęstej zawiesinie własnego, karcianego istnienia -  bo życie potępieńca zaczyna mnie nużyć.
- Nieżycie potępieńca będzie słodsze?
- Na pewno nie słodsze od ciebie.
Pozwalał, by obracała w dłoniach jego wijący się kształt, by czule rozszczepiała go w miliardy drobinek, drobinek niewidzialnych, ale zapieczętowanych na zawsze w ramionach więźnia własnego zła.
- Chcesz tajemnicy o Mroku, chcesz wiedzieć jak zwyciężyć Porywaczy Dusz, chcesz odnaleźć pieczęć do Onis, chcesz poznać Aide or’Herrduq’a.
- Chcę?
Powoli oswobadzał się z jej objęć, stopniowo próbując łączyć się w całość, lekko omijając jej palce, które z pasją przesiewały mikroskopijne części jego na wpół zgniłego serca. Jego byt rozmywał się w niebycie, jego niebyt ginął w fanatycznej nicości roztaczanej przez papierową kukłę na zawsze skazaną na kamienny, lodowaty stół i własne żałośnie kruche ciało. Czym ona zawiniła?
Roześmiała się głośno. Jej głos potoczył się echem po wszechświecie bibliotecznych zakamarków przywołując jednego z sędziwych, łypiących groźnie oczyma kruków. Poszybował w dół z niewyobrażalną szybkością i w milczeniu wylądował u jej stóp kłaniając się posłusznie.
- To Fyhauu – powiedziała głaszcząc ptaszysko po wielkim dziobie – zna prawdę o tym, co cię interesuje, w jego kościach zapisane są najskrytsze twoje pragnienia dotyczące wiedzy o Agregum, jego skrzydła niosą ze sobą prawdę o tym, w jaki sposób pokonać mieszkańców tej krainy, jego dziób smakuje tajemnicą. Masz ochotę  pochłonąć to wszystko swoją cielesną nicością, drogi Vincencie?
- Nic w przeznaczeniu nie będzie gorsze od smaku ludzkiej krwi.
Szary papier jej ciała rozbłysnął czerwienią z rozrywanego ciała skrzydlatego sługi Królowej. Jej wnętrzności zakwitły dzikimi makami, karmazynowe plamy połączyły się w pachnące posoką róże, wilgoć szkarłatu okryła jej suchą, papierową duszę, która wzdrygnęła się przed bolesną śmiercią utonięcia. Ale klątwa była potężna, więc tylko jej szelest zmienił się w cichy chlupot, zagłuszany przez desperacki krzyk wielkiego ptaka. Pióra odrywane potężnymi szarpnięciami układały się w tekst, żyły plątały się całymi zdaniami, kości łamały się w sentencje o głębokiej treści. Odgryziony dziób zamarł w bezruchu wykrzykując ostatnie, niesłyszalne dla ludzkiego ucha prawdy, zdradzając ostatnie sekrety przyszłej misji.

Przy wyjściu odziali się z powrotem w rzeczywiste powłoki.
- Niezły pokaz, wampirze – demon zacmokał z zadowoleniem, ignorując fakt, że znów stał się zwykłym smarkaczem – godny opowiedzenia, godny zapamiętania, godny owacji na stojąco – i zaklaskał w dziecięce dłonie, a echo odbiło brawa od nagich skał.
- Zamknij się – rzucił Vincent i znów puścił się niemal pędem w stronę miasta.
Tym razem nie miał zamiaru przechodzić obojętnie obok ludzkich siedzib, tym razem głód polowania musiał zostać zaspokojony. Prawdę już znał, wiedział co ma robić, gdzie iść i kogo spotkać. Teraz liczyła się tylko krew, teraz był myśliwym, który gnany piekielną siłą musi zatopić kły w ciepłym, człowieczym mięsie. Mięsie miękkim, soczystym, dobrze ukrwionym. Musiał się posilić, odzyskać władzę nad umysłem, musiał zabić w swojej potępionej duszy smak ptasich piór i pachnących bagnem zapomnienia, małych, czarnych, kruczych oczu.

Zasłona poruszała się lekko w podmuchach wiatru. Vincent siedział w swoim ulubionym fotelu i napawał się błogością aktualnego stanu. Delikatne mrowienie w kończynach, przyjemne smyranie w okolicach serca, słodkawy zapach własnych ust, lekkie drżenie zaspokojenia. No i wiedza. Przymknął oczy i zobaczył ciemnowłosego, szczupłego chłopca w wieku osiemnastu lat. Zwykły, zewnętrzem niczym nie różniący się od swoich rówieśników, zupełnie nieświadomy istnienia marzącego o nim zła. Ale posiadający coś, co mogłoby zawarzyć o losach świata, nie jednego świata, ale wszystkich na raz. Posiadający diamentowe serce, ową niezbadaną moc i potęgę, o której Vincent dowiedział się wraz z kolejnym kęsem cuchnącego rozkładem kruka. Serce wymagające odpowiedniego potraktowania, odpowiedniej opieki. Serce, które powinien skierować w stronę wyssaną ze szpiku ptasich kości, serce, które musiało bić, by być przydatne do planu, o którym szeptał mu oderwany, śliski od śluzu wieczności dziób.
- Jesteś głupim zwierzęciem – parsknął demon sadowiąc się wygodnie na kanapie naprzeciwko dogasającego kominka. Po wielu godzinach milczenia postanowił wyrzucić zalegający w sobie brud poniżenia – masz powieść ofiarę naszych światów do miejsca spełnienia, a nie będziesz w stanie ocalić chłopaka przed samym sobą. To żałosne, pożresz go zanim dotrzecie na miejsce, rozszarpiesz mu żyły, gdy będziecie podróżować po krainach, w których nie istnieje nic, co posiada krew – warczał jadowitym głosem, mszcząc się za okrutną pogoń po całym, pogrążonym w nocy Londynie – będziesz słuchać bicia jego ponadludzkiego serca i wyobrażać sobie jak pompuje ono twój życiodajny napój do tętnic, o których będziesz śnić w blasku słońca. Nie rozumiem, jak Amoneus wybrał do tego zadania coś, co nie jest w stanie zapanować nad własnym obżarstwem. Zmierzysz się z własnym przekleństwem, Vincencie, marna kopio człowieka? – splunął z obrzydzeniem i zwinął się w kłębek pod starym, wełnianym kocem.
Sekundę później wampir był już przy nim. Nachylił się nad dziecięcą twarzą, wykręconą teraz grymasem zaskoczenia.
- Oh, demonie, demonie – syknął z powracającym morderczym błyskiem w oku i wbił w drobne, chłopięce ciało swą bladą, kościstą dłoń – żałosna imitacjo zła! – zaciskał palce na czarnym mięśniu. Zaciskał mocno.
- Amoneus… cię… zniszczy… - wysapał Sanguis wyrywając się z śmiertelnego uścisku.
- Zniszczy? – Vincent zaśmiał się i oblizał z uwielbieniem usta, na które wystrzeliła z przerwanej aorty czarna krew – głupiutki z ciebie chłopczyk, bardzo naiwny. O tym, jak zabijać demony przeczytałem z runów pod paznokciami Yau – mruknął do ucha bezwładnemu ciału.

„To nie ja gniję w ciemności - to ciemność gnije we mnie” – szepnął wychodząc z pokoju. Na wpół ludzkie, na wpół nie z tego świata drżało jeszcze chwilę, po czym zastygło z dziecięcym przerażeniem na  upiornej, rogatej twarzy.


wtorek, 26 lipca 2011

trzy.

Niebo zwiastowało nadejście śmiertelnego słońca. Wraz z pierwszym śpiewem słowika udał się kamiennymi schodami do piwnicy przepełnionej odorem mokrej ziemi. Jego stopy nie dotykały twardej posadzki, a wręcz sunęły w powietrzu. Zacisnął dłoń w  pięść, uderzając nią o ścianę. Wieść na współpracę z demonem wcale nie dawała mu satysfakcji. Wampir żył samotnością, otoczony murem własnego bytu, który od kilkuset lat ciążył na zmęczonych barkach. Nie chciał, by ktokolwiek wtrącał się w tajniki nużącej egzystencji. Westchnął przeciągle, dając upust, dawno nie używanym płucom.  Słońce zapewne górowało na błękicie nieba. Czuł się słabiej, jednak myśl o śnie, ukajała martwą duszę, o ile w ogóle jeszcze tam była. Zaśmiał się ponuro, kręcąc głową na boki. Trumna, wyścielana fioletową satyną czekała, aż marmurowe ciało spocznie w  ciasnych kątach. Skinieniem dłoni rozpalił dwie świece stojące na początku i końcu wilgotnego pomieszczenia. Ułożył się,  nakrywając twardym wiekiem. Nim zdążył o czymkolwiek pomyśleć, oddech snu utulił go w swych głębokich objęciach.
-Zbudź się- szept musnął blade ucho Vincenta swą melodyjnością. Nasilał się z każdym wołaniem. W końcu był na tyle głośny, by rozsądzić bębenek zwykłego śmiertelnika.
Śmiech potwora, pragnącego zyskać wszystkie z dusz na Ziemi. Mieszanka basu z tenorem. Wampir poczuł, jak silna dłoń zaciska mu pętle na szyi. Wiedział, że był to krok ku jego przebudzeniu, jak też wcześniej usłyszał. Kiedy otworzył oczy roześmiał się sarkastycznym westchnieniem.
Ujrzał twarz dziecka o głęboko rubinowym odcieniu tęczówek. Uwydatnione kości policzkowe podkreślał złośliwy uśmiech, a wydęte, pełne wargi sprawiały, że wyglądał bardziej beztrosko.
-Ach… zbudziłeś się, Vincencie- mruknął, uwalniając porcelanową szyję od żelaznej klatki. –Chciałeś przespać resztę życia?- uniósł się w powietrzu, sztyletując go oziębłym spojrzeniem. Poza twarzą, również wątłą budową przypominał dziecko. Wiekiem trzynastolatka. Chwila ciszy…i znów ten śmiech.
-A ty, mój towarzyszu, jak na rodzaj przystało za krzty delikatności- przekręcił głowę na bok, pozwalając, by złote pukle przysłoniły pół bladej twarzy, tak idealnej, jak posąg greckiego bożka.- W dodatku, śmiesz budzić mnie ze snu, nie przedstawiając się uprzednio.- parsknął.
-Za krzty delikatności?- zaśmiał się wyraźnie rozbawiony słowami wampira.- I mówi mi to ktoś, kto z premedytacją wysysa ludzką krew.- machnął energicznie ręką.- Zaprzestańmy. Nie po to tu jestem, w końcu mamy pewne sprawy do omówienie…echem, załatwienia. Tak..poza tym zwę się Sanguis-
-I jesteś dzieckiem..- dodał uśmiechając się ironicznie.
-Dzieckiem..?- uniósł jedną z kruczoczarnych brwi ku górze, rozpościerając dłoń.- Nie obrazisz się, jeśli…oj, zresztą..- mruknął. Zdawał się wypowiadać pod nosem słowa w dziwnym, niezrozumiałym języku. Jak można się było domyślić, był to język zarezerwowany dla gatunku demonów. Z drobnych palców zaczęły strzelać płomienie ognia, tworzące kolosalną bramę, układającą się na kształt odwróconego pentagramu. Piekielny dym pożarł swą chciwością wszystko, co znajdowało się w zasięgu jego tłamszącego bytu. Od znaku buchał ogromny żar, zdolny wchłonąć każdego, kto spróbuje dotknąć jego zawartości.
-Zapraszam- oznajmił z uśmiechem na twarzy. –Zobaczysz moje prawdziwe oblicze.-
Wampir udał się w kierunku płomiennego pentagramu. Nie to, że był posłuszny demonowi. Jedyne, co zachęciło go do wędrówki przez gorące ogniwa, był prawdziwy wygląd Sanguisa. Ciekawość sprawiła, że oboje całkowicie zapomnieli o faktycznych powodach spotkania. Przeszli przez pentagram, dostając się na drugą stronę. Brama  prowadziła do Piekła.
Spróchniałe konary tworzyły gęsty las na spękanej ziemi, która błagalnie wołała o wodę. Gdzież jednak w Piekle kropla czystego płynu? Tu nawet niebo nie było niebem.  Tło zalewało się zbrukaną krwią tych, którzy przeszli przez ścieżkę bólu drogą własnych grzechów. Pojedyncze kruki odlatywały na ziemię zmarłych, zwiastując przeraźliwym krakaniem nadchodzącą Śmierć. Błąkające się, zagubione dusze, demoniczny chichot i warstwa ognia. Vincent poczuł na twardym ramieniu ogromną, chropowatą łapę. Z palców, pokrytych grubymi łyskami wystawały spiczaste szpony, szerokością przypominające gałąź potężnego dębu.
-I jak? Nadal twierdzisz, że jestem dzieckiem? Spójrz no na mnie- mruknął, ujmując w demoniczne łapska porcelanową twarz wampira. Czoło zakończone dwoma rogami, które po kolei obrysowywane były przez niewielkie obręcze. Nie dało się zliczyć ile całkowicie ich było.
-Każda z nich to rok w naszym świecie- rzekł, widząc, iż Vincent bacznie się im przygląda.- To jakieś 10 lat ludzkich- zamrugał wielkimi czerwonymi oczyma, uśmiechając się szeroko.
Ostre kły, spowite czarnym nalotem, przepełnionym nienawiścią dusz, które spożył przez wszystkie swoje dni. Vincent zmarszczył czoła, czując ich paskudny smród. Swąd spalonych ciał.
-Więc czemu u nas wyglądasz zupełnie inaczej, skoro jesteś tak…- zaśmiał się krótko, przysłaniając krwistoczerwone usta dłonią.
-To zupełnie inne wymiary- mruknął, wymachując potężnym ogonem, zakończonym ostrymi kolcami.- Każdy świat otacza inna brama. Każda z nich ma inny klucz, którzy posiadają Władcy…a jest ich..- zaczął wyliczać na palcach pokrytymi łuskami.
- Dziesięciu- wyprzedził go wampir.
-Tak, dziesięciu- zawtórował.- Jest też jeden Strażnik wszystkich Bram. Musi pilnować, by żaden z Władców nie odebrał prawowitemu klucza… oj nie chcę wiedzieć, co by się wtedy stało- zaśmiał się nerwowo, skubiąc odrywające się płaty skórne z przedramienia.
-Jednymi słowy nastąpiłaby rzeź.- wampir wzruszył obojętnie ramionami.- Masę krwi, niewinnej i winnej..ach, cudowny widok!-
-Vincencie! To nie jest śmieszne. Zdajesz sobie sprawę, że Chaos obudziłby się po dwudziestu-tysięcznym śnie? Świat przestałby istnieć. Wszystkie gatunki wymarłyby…nie byłoby nic.-
-Ha! Więc to o tym mówił! Wcale nie zależy mu na własnym zaspokojeniu ego- szepnął pod nosem-Póki co nie ma się o co martwic. Jeszcze nikt nie ucierpiał. Byłoby dobrze znaleźć tego Strażnika Bram.-
-To nie takie proste- podrapał się z tyłu głowy, przewracając oczyma.- Nie wiemy gdzie go znaleźć, ani jak się nazywa.-
-Hm…chyba mam pomysł, jak moglibyśmy się tego dowiedzieć- uśmiechnął się tajemniczo.- Sanguisie, wracajmy do naszego..- odchrząknął cicho- czy też raczej mojego świata.-

piątek, 22 lipca 2011

dwa.

Vincent rozparł się wygodnie w nieco wypłowiałym, błękitnym fotelu i przymknął oczy, wsłuchując się w ciężkie krople deszczu, zaciekle bębniące w szyby i kamienne parapety. Chłonął dźwięk bulgoczącego, wypluwanego przez smukłe rynny nadmiaru wody, wodził zmysłami za wyjącym wiatrem, targającym niedomkniętymi okiennicami. Lubił deszcz. Lubił, gdy świat lśnił ponuro w świetle błyskawic, gdy przetaczające się po czarnym niebie grzmoty budziły ze snu mokre, wielkie kruki ukryte gdzieś w występach starego, popękanego muru. Lubił ich pełen grozy krzyk, mrożący krew w żyłach zwykłym śmiertelnikom. Krew w żyłach też lubił. A ta przyprawiona strachem, idealnie komponowała z chłodem wygasłego kominka i pustką własnego, nadżartego przez larwy much, serca.
Zacisnął mocniej powieki, chcąc przypomnieć sobie przyjemność płynącą z tych ociekających deszczem i świeżą krwią, lodowatych nocy, ale myśli rozpraszały się w nicość i nijak nie był w stanie stworzyć z nich oczekiwanego obrazu. Westchnął głośno – cóż, przecież minął właśnie ostatni dzień lata. Wstał i ruszył w dół przestronnego, wyłożonego czerwonym dywanem korytarza, wiedząc, że służba już śpi, że nikt nie pojawi się w zasięgu jego wzroku. I nie tylko jego. „Nieunikniona, pełna bólu i grozy, zawierucha przyszłości” – pomyślał i przekręcił klucz w wielkich, żelaznych wrotach, dobrze strzeżonych przez ponurych, kraczących, ptasich Strażników Wygnańców. 

- Witaj, Vincencie. Jak zwykle jesteś niebywale punktualny.
- „Do piekła spóźniają się tylko samobójcy”.
Wciągnął głęboko powietrze. Czuł w nim zapach stęchlizny, mdły i gęsty, uporczywie kojarzący się ze starą, zgniłą krwią. Ta silna woń drażniła jego umysł, ta silna woń ze specyficzną nutką przypominającą smród palonych włosów i zimno grobowej krypty była wizytówką  przybyłego Gościa. – czego chcesz? – rzucił w stronę kąta, w którym czaił się ON.
On, postać nie mająca niczego wspólnego z czymkolwiek w rzeczywistym świecie. Duch ciemności, przybierający nieco ludzki wygląd, by ułatwić konwersację i dać się zapamiętać.
Tam, skąd pochodził panowały inne zasady egzystencji.
- Nie bądź taki w gorącej wodzie kąpany, mój przyjacielu – szary cień skłonił się pokracznie, wykonując na wpół istniejącą ręką dziwne znaki w powietrzu. - najpierw sprawdzę, co dla mnie masz…
Umazane ciemną, robaczywą cieczą oczy znalazły się nagle niewiarygodnie blisko. Oczy nic niewidzące, ale jednocześnie takie, przed którymi nic nie da się ukryć. Vincent poczuł mocne szarpnięcie, smak spalonych warg, dotyk lekko dymiącego języka. Namiętny pocałunek wysysał z niego wszystkie stracone dusze, każdą, nawet nadrobniejszą pozostałość po życiach, które on sam wysysał wcześniej z ludzkich ciał. Nieprzerwany strumień krwistych człowieczych odpadków mknął teraz w stronę wiecznej czerni odmętów demonicznych wnętrzności.
Czaszkę rozsadzał mu wrzask setek bezwzględnie mordowanych istnień, mordowanych dla krwi, mordowanych by żyć, mordowanych, by złożyć  ofiarę swojemu panu, swojemu stwórcy. Bo takie były reguły tej przerażającej gry.
- A teraz – zasyczał Gość, rozrywając nadgniłe usta w szyderczym uśmiechu – po czynnościach rozkosznie konsumpcyjnych, możemy przejść do zaspokajania mych potrzeb wyższych, mój drogi. I mam nadzieję, że i z tymi poradzisz sobie równie zadowalająco… słyszałeś o Onis.
- I kto tu jest w gorącej wodzie kąpany – Vincent splunął z obrzydzeniem, starając się jednocześnie trzeźwo analizować słowa Amoneusa i wypierać z podświadomości smętne zawodzenia ofiar swojego brutalnego wampiryzmu. Nie lubił tej walki. Walki trzeźwości z manią liczenia zabitych osób, manią liczenia w nieskończoność makabrycznych kar, które czekałyby go w piekle, gdyby tylko bóg istniał naprawdę. – przeleżałem parę ładnych lat w cuchnącej ziemi i jakimś dziwnym trafem ominęły mnie te ckliwe plotki zza grobu.
- Vincencie, nawet nie wiesz, jak bardzo cenię sobie twój sarkazm, ale sprawa jest nader poważna – zawisł w powietrzu w dziwacznej pozie i zaśmiał się szyderczo. – Onis jest bramą do Agregum – zaczął, wpatrując się w sufit z ostentacyjnym zainteresowaniem – mrocznej krainy, zbudowanej z nicości, przez którą przepływają zjawy bez zapachu i uczuć, zesłane tam niegdyś przez potężnych bogów i uwięzione na zawsze. Snują się tam, wchłaniając skradzione ludzkie dusze, mlaskając cicho niewidzialnymi wargami i tkwiąc na granicy między cielesnością niebytem.
- Bez zbędnych przedłużań, proszę. – Vincent zastukał cicho obcasem w lśniącą posadzkę. Nie lubił przydługich opowieści, nie lubił towarzystwa Gościa, poza tym bezwzględnie okradziony z własnych, krwistych zdobyczy zaczął się już irytować pustością swoich żył.
Amoneus znów uśmiechnął się obleśnie.
- Aj, aj, Vincencie, przywoływanie mnie do porządku nie jest chyba zadaniem, które ci określiłem - zacmokał z uwielbieniem - ale do rzeczy… liczba ofiar, złożonych przy oddzielaniu Agregum od reszty światów była wystarczająca, by na długie wieki zaspokoić głód jego mieszkańców na wiotkie, zwiewne ludzkie cienie, więc nie mieszali się oni w sprawy Haltame, jak nazywają każdego z obcych. Wykazywały się obojętnością na rzeczywisty świat, nawet gdy za pierwszym razem, w Erze Czwartego Cienia, władca Onde-Iaho przeczytał zakodowaną w Mroku wiadomość i otworzył sekretny portal dając im szansę na wolność. Jeszcze wtedy, według ich chwiejnych odczuć, nie nadszedł odpowiedni czas na zemstę i uwolnienie. Porywacze Dusz czekali. Pozostawali w swym ciemnym piekle i czekali na dzień, w którym z krainy nieistnienia powstaną jako Wiecznie Martwi Wojownicy i rozleją trupi jad tak daleko, jak daleko będą w stanie sięgnąć swoim pustym wzrokiem. – zrobił pauzę i podrapał się w bagnisty kark – i ten dzień właśnie nadchodzi…
- Czyż nie robimy tego samego? – Vincent oparł się plecami o zimną ścianę i obserwował jak krople deszczu spływają po błyszczących w świetle błyskawic szybach. – czyż nie jesteśmy plagą niosącą śmierć i cierpienie, tak samo jak mieszkańcy Agregum? Ich drzwi zostały otwarte, ale po co się tym przejmować? Paru morderców więcej, a i tak co sekundę będzie się rodzić nowy człowiek.
- Cóż, prawdopodobnie nie lubię konkurencji – syknął Amoneus i zmierzył wampira lodowatym spojrzeniem, którym był w stanie zabić każdego człowieka. Ale Vincent wzruszył tylko obojętnie ramionami. Przecież od lat był martwy.
- Mam się narażać, tylko dlatego, że chcesz mieć monopol na  miano demona o patologicznych skłonnościach do miażdżenia ludzkich ciał? Żałosne.
- Głupi, rzecz jest poważna. Szczegółów dowiesz się w swoim czasie. Póki co, spotkasz się jutro ze swoim nowym partnerem. Jest dobry w sprzątaniu piekielnego gówna.
- Amoneusie… – Vincent skrzywił się i zacisnął dłonie w pięści, zrobił krok naprzód, ale zielonkawe płomienie zastąpiły mu drogę. – obiecałem ci posłuszeństwo, ale zawsze radziłem sobie sam, więc…
- Więc teraz poradzisz sobie z kimś – głos miał cichy, świszczący, niemal wietrzny. Nie znosił sprzeciwów i wampir doskonale o tym wiedział. Ale działanie w pojedynkę było jego przeznaczeniem, było sztuką, którą opanował niemal do perfekcji, było samotnością, którą tak kochał.
- Kim on jest? – rzucił pogardliwie, cofając się przed kolejną falą ognia, przetaczającą się po perskim, tkanym złotem dywanie.
- Demonem.


- A i jeszcze jedno – Gość znów pojawił się tuż obok niego, tak blisko, że czuł bijącą od niego nicość, czuł pod skórą wzburzającą się nawałnicę łez mordowanych cierpiętników. Błysnęło czerwone światło, na środku pojawiła się owa powabna dziewczyna, z której wczoraj, w przypływie niezrozumiałej mocy próbował uczynić podobną sobie. Tyle że teraz nie była już tak piękna, tak wiotka, tak uroczo przestraszona. Teraz była umarłą, żywą, ale umarłą. Szare policzki niemal łopotały na wietrze wpadającym przez otwarte okno. Amoneus mruknął coś pod nosem i jej wyniszczone śmiercią ciało rozpadło się na kawałki. Malutki fragment przyklejonego do czaszki mózgu, z cichym mlaśnięciem uderzył Vincenta w skroń i opadł w piekielny ogień.
Skłonił lekko głowę, na znak, że zrozumiał swój błąd. Żadnych nowych wampirów, żadnej armii żywych trupów, żadnych boskich zagrywek. Tylko bolesna śmierć była dozwolona, zadawanie niewyobrażalnego cierpienia i bezsprzeczne posłuszeństwo. Taka była zasada upiornej egzystencji, egzystencji, która w paradoksalny sposób dawała mu życie.

~

Usiadł w wypłowiałym, błękitnym fotelu i zamknął oczy. Próbował myśleć o spotkaniu, o Onis i o tym chłopaku, który ze swą pokrętną, demoniczną osobą będzie musiał stawić mu czoła.
Bębnienie deszczu wzmogło w nim tylko apetyt. Ale zanim wyszedł na łowy, zapisał służbie polecenie dotyczące kupna do salonu nowego, perskiego dywanu.




sobota, 16 lipca 2011

jeden.

Londyn, rok 1872. Niektórym noc szeptała dobranoc, innym zaś dzień dobry.  Krwistoczerwone chmury otuliły niebo zapachem śmierci. Intensywna woń pławiła się ostatnimi tchnieniami ludzkich dusz, śmiejąc się wprost w zrozpaczone twarze. Pragnęli życia, a dostali odwrotność marzeń. Mroczny Kosarz nie był łaskawy. Zbierał żniwa do całkowitego wypełnienia pustego żołądka, a nawet jego przepychu. Od nadmiaru czerwonego płynu narastała go ochota na większą ilość rozkosznych łupów. Nieludzkie krzyki były dla niego muzą, wprawiającą w zadziwiająco dobry nastrój. Wszystko to pokrywało się gęstą mgłą, i nagle zaczęło znikać. Obraz stawał się ni wyraźny, ni ostry. Ostatni grzmot, a potem zryw mroźnego powietrza, wbijającego ostre szpilki w delikatną skórę... 
Zbudziła się zalana potem. Umysł wciąż nie pojmował, że jedynie śniła. Błądził po ścieżce koszmarów, czytając tabliczki z datami zgonów. Serce biło szaleńczym rytmem, nie mając zamiaru się uspokoić.
-To tylko sen.- pomyślała. Powolnym ruchem dłoni sięgnęła po niewielkie pudełeczko zapałek. Kwadratowa tekturka leżała na mahoniowej półce, jakby specjalnie czekała na wykonanie przydzielonej pracy. Zdjęła klosz i komin od lampy naftowej, regulując długość knota. Był wystarczający by obejść cały pokój wraz z połową rezydencji. Jedną z zapałek zapaliła lampkę. Nałożyła zdjęte przyrządy po czym wstała z kolosalnego łóżka, biorąc ją w rękę. Płomień padł na okno. Głucha cisza. Podeszła bliżej chwiejnym krokiem, lecz jedyne, co przywitało dziewczynę to blady księżyc. Niebo ani trochę nie wyglądało jak to ze snu. Na samo wspomnienie ogarnęły ją dreszcze obrzydzenia i strachu. Rozmyślanie przerwało pukanie do drzwi. Odwróciła się w ich kierunku, przylegając plecami do ściany.
-Kto tam?!- zawołała. Subtelny głos brzmiał teraz dość nienaturalnie.
-To ja panienko!- usłyszała w odpowiedzi.- Czy mogę?-
Odetchnęła z ulgą. Była to jedna ze służących w domu. Po tonie, domyśliła się, że musi  być nowo zatrudnioną kobietą. Zbyt głośny i piskliwy. W dodatku, która normalna służąca dobija się do pokoju swojego pana w nocy, robiąc przy tym tyle hałasu?
-Nie. Wszystko w porządku. Wracaj do siebie.-
-Ależ panienko Ellie, słyszałam dziwne odgłosy. Czy aby na pewno mam sobie pójść?-
-Jak śmiesz zwracać się do mnie po imieniu?! Jesteś tu nikim, rozumiesz?! A teraz wynoś się, póki moja cierpliwość jeszcze nie sięgnęła końcowi!- warknęła, mrużąc błękitne oczy.
-Proszę mi wybaczyć! Nie chciałam panienki urazić!- zalana szlochem odeszła.
Ellie odłożyła lampę naftową na parapet, po czym uchyliła okno, pragnąc dotlenić mózg. Ochota na dalsze przeszukiwanie ogromnej rezydencji w mgnieniu oka ją opuściła. W końcu sny to wytwór wybujałej wyobraźni. Mimo to uczucie niepokoju wciąż towarzyszyło dziewczynie. Zapach śmierci wisiał nad głową, mamiąc oszołomione  już zmysły. Była sama, a noc okrywała płaszczem całe miasto. Któż wie, co mogło czaić się pod ciemnym materiałem?
Znużona obróciła się w kierunku łóżka i zamarła. Blada cera zdawała się być przeźroczysta. Czuła, jak w gardle staje ogromna gula, której nie można przełknąć, przez co, nie można też krzyczeć. Człowiek w obliczu strachu jest porażony prądem osłupienia. Przetarła oczy, a obraz nie znikał.
Obok komody stał mężczyzna wysokiego wzrostu. Długie włosy kolorem płynnego złota swobodnie opadały na masywne ramiona. Czy był aniołem? Zdecydowanie nie. Wśród ciemnych czeluści największą uwagę przykuwały oczy. Oczy nieba ze snu- krwistoczerwone ogniki, śmiejące się z ludzkich słabości. Pogarda, wyższość i zadufanie. Jestem panem tego świata, padnij na kolana i oddaj mi cześć. Nienaturalnie szybkim ruchem zdjął z głowy czarny kapelusz, przystawiając go do pełnych warg.
-Smaczny z ciebie kąsek dziecino.- oznajmił basowym głosem.- Lecz szkoda twej urody- westchnął, z powrotem zakładając kapelusz na jasne pukle. Uśmiechnął się szeroko, ukazując szereg śnieżnobiałych zębów. Zwilżył je językiem, obnażając dwa szpiczaste kły. Gromki śmiech wypełnił uszy kruchej istoty, która nadal stała sparaliżowana. Czyżby jej sen zwiastował koniec życia na ziemi?
Mężczyzna zniknął, zaraz potem pojawił się tuż za wystraszoną Ellie. Nawet nie pisnęła.  Zaczarowana kukła, robiąca wszystko to, co jej rozkaże. 
-Moja słodka...dziś ujrzysz nowy świat- objął ją w pasie żelaznym uściskiem. Pochylił się nad szyją dziewczyny, rozkoszując  zapachem ciepłej krwi. Jego długi język skosztował alabastrowej skóry. Chciał pławic się przepysznym smakiem lecz długo nie wytrzymał. Był zbyt wygłodniały. Stuletni sen to ogromna przerwa. Instynkt łowcy dał za wygraną i z dźwięcznym chrupnięciem wbił się w tętnice młodej panienki. Czerwony płyn wypełniał nozdrza wampira, pulsując w głowie. Dziewczyna słabła, bledła, w końcu nie czuła nic. Odpływała w krainę trupich odorów, a on pęczniał z rozkoszy. 
Po dłuższej chwili oderwał się od źródła życia, przegryzając swe nadgarstki najszybciej jak mógł. I znów zaśmiał się szaleńczo.
-Pij Ellie, pij.  Oto nadeszła godzina ostateczna. Już nigdy nie ujrzysz barw tego świata, a może i nigdy ich nie widziałaś, oślepiona własnym, sztucznym blaskiem.. Biel skąpana w blasku czerwieni. Nic cię już nie uratuje, nawet pieniądze, które tak bardzo ceniłaś.  Przeznaczenia spełniają się zawsze, przed nimi nie uciekniesz. Prędzej czy później owiną cię swoim śmiercionośnym oddechem. A teraz spójrz na ziemię nowymi oczyma i szlochaj nad głupiutkimi ludźmi i zapamiętaj me imię, a brzmi ono Vincent.- puścił wijące się w agonii ciało, uśmiechając niewinnie. Odszedł, nie mówiąc, by chroniła się przed zabójczymi promieniami słońca.