wtorek, 26 lipca 2011

trzy.

Niebo zwiastowało nadejście śmiertelnego słońca. Wraz z pierwszym śpiewem słowika udał się kamiennymi schodami do piwnicy przepełnionej odorem mokrej ziemi. Jego stopy nie dotykały twardej posadzki, a wręcz sunęły w powietrzu. Zacisnął dłoń w  pięść, uderzając nią o ścianę. Wieść na współpracę z demonem wcale nie dawała mu satysfakcji. Wampir żył samotnością, otoczony murem własnego bytu, który od kilkuset lat ciążył na zmęczonych barkach. Nie chciał, by ktokolwiek wtrącał się w tajniki nużącej egzystencji. Westchnął przeciągle, dając upust, dawno nie używanym płucom.  Słońce zapewne górowało na błękicie nieba. Czuł się słabiej, jednak myśl o śnie, ukajała martwą duszę, o ile w ogóle jeszcze tam była. Zaśmiał się ponuro, kręcąc głową na boki. Trumna, wyścielana fioletową satyną czekała, aż marmurowe ciało spocznie w  ciasnych kątach. Skinieniem dłoni rozpalił dwie świece stojące na początku i końcu wilgotnego pomieszczenia. Ułożył się,  nakrywając twardym wiekiem. Nim zdążył o czymkolwiek pomyśleć, oddech snu utulił go w swych głębokich objęciach.
-Zbudź się- szept musnął blade ucho Vincenta swą melodyjnością. Nasilał się z każdym wołaniem. W końcu był na tyle głośny, by rozsądzić bębenek zwykłego śmiertelnika.
Śmiech potwora, pragnącego zyskać wszystkie z dusz na Ziemi. Mieszanka basu z tenorem. Wampir poczuł, jak silna dłoń zaciska mu pętle na szyi. Wiedział, że był to krok ku jego przebudzeniu, jak też wcześniej usłyszał. Kiedy otworzył oczy roześmiał się sarkastycznym westchnieniem.
Ujrzał twarz dziecka o głęboko rubinowym odcieniu tęczówek. Uwydatnione kości policzkowe podkreślał złośliwy uśmiech, a wydęte, pełne wargi sprawiały, że wyglądał bardziej beztrosko.
-Ach… zbudziłeś się, Vincencie- mruknął, uwalniając porcelanową szyję od żelaznej klatki. –Chciałeś przespać resztę życia?- uniósł się w powietrzu, sztyletując go oziębłym spojrzeniem. Poza twarzą, również wątłą budową przypominał dziecko. Wiekiem trzynastolatka. Chwila ciszy…i znów ten śmiech.
-A ty, mój towarzyszu, jak na rodzaj przystało za krzty delikatności- przekręcił głowę na bok, pozwalając, by złote pukle przysłoniły pół bladej twarzy, tak idealnej, jak posąg greckiego bożka.- W dodatku, śmiesz budzić mnie ze snu, nie przedstawiając się uprzednio.- parsknął.
-Za krzty delikatności?- zaśmiał się wyraźnie rozbawiony słowami wampira.- I mówi mi to ktoś, kto z premedytacją wysysa ludzką krew.- machnął energicznie ręką.- Zaprzestańmy. Nie po to tu jestem, w końcu mamy pewne sprawy do omówienie…echem, załatwienia. Tak..poza tym zwę się Sanguis-
-I jesteś dzieckiem..- dodał uśmiechając się ironicznie.
-Dzieckiem..?- uniósł jedną z kruczoczarnych brwi ku górze, rozpościerając dłoń.- Nie obrazisz się, jeśli…oj, zresztą..- mruknął. Zdawał się wypowiadać pod nosem słowa w dziwnym, niezrozumiałym języku. Jak można się było domyślić, był to język zarezerwowany dla gatunku demonów. Z drobnych palców zaczęły strzelać płomienie ognia, tworzące kolosalną bramę, układającą się na kształt odwróconego pentagramu. Piekielny dym pożarł swą chciwością wszystko, co znajdowało się w zasięgu jego tłamszącego bytu. Od znaku buchał ogromny żar, zdolny wchłonąć każdego, kto spróbuje dotknąć jego zawartości.
-Zapraszam- oznajmił z uśmiechem na twarzy. –Zobaczysz moje prawdziwe oblicze.-
Wampir udał się w kierunku płomiennego pentagramu. Nie to, że był posłuszny demonowi. Jedyne, co zachęciło go do wędrówki przez gorące ogniwa, był prawdziwy wygląd Sanguisa. Ciekawość sprawiła, że oboje całkowicie zapomnieli o faktycznych powodach spotkania. Przeszli przez pentagram, dostając się na drugą stronę. Brama  prowadziła do Piekła.
Spróchniałe konary tworzyły gęsty las na spękanej ziemi, która błagalnie wołała o wodę. Gdzież jednak w Piekle kropla czystego płynu? Tu nawet niebo nie było niebem.  Tło zalewało się zbrukaną krwią tych, którzy przeszli przez ścieżkę bólu drogą własnych grzechów. Pojedyncze kruki odlatywały na ziemię zmarłych, zwiastując przeraźliwym krakaniem nadchodzącą Śmierć. Błąkające się, zagubione dusze, demoniczny chichot i warstwa ognia. Vincent poczuł na twardym ramieniu ogromną, chropowatą łapę. Z palców, pokrytych grubymi łyskami wystawały spiczaste szpony, szerokością przypominające gałąź potężnego dębu.
-I jak? Nadal twierdzisz, że jestem dzieckiem? Spójrz no na mnie- mruknął, ujmując w demoniczne łapska porcelanową twarz wampira. Czoło zakończone dwoma rogami, które po kolei obrysowywane były przez niewielkie obręcze. Nie dało się zliczyć ile całkowicie ich było.
-Każda z nich to rok w naszym świecie- rzekł, widząc, iż Vincent bacznie się im przygląda.- To jakieś 10 lat ludzkich- zamrugał wielkimi czerwonymi oczyma, uśmiechając się szeroko.
Ostre kły, spowite czarnym nalotem, przepełnionym nienawiścią dusz, które spożył przez wszystkie swoje dni. Vincent zmarszczył czoła, czując ich paskudny smród. Swąd spalonych ciał.
-Więc czemu u nas wyglądasz zupełnie inaczej, skoro jesteś tak…- zaśmiał się krótko, przysłaniając krwistoczerwone usta dłonią.
-To zupełnie inne wymiary- mruknął, wymachując potężnym ogonem, zakończonym ostrymi kolcami.- Każdy świat otacza inna brama. Każda z nich ma inny klucz, którzy posiadają Władcy…a jest ich..- zaczął wyliczać na palcach pokrytymi łuskami.
- Dziesięciu- wyprzedził go wampir.
-Tak, dziesięciu- zawtórował.- Jest też jeden Strażnik wszystkich Bram. Musi pilnować, by żaden z Władców nie odebrał prawowitemu klucza… oj nie chcę wiedzieć, co by się wtedy stało- zaśmiał się nerwowo, skubiąc odrywające się płaty skórne z przedramienia.
-Jednymi słowy nastąpiłaby rzeź.- wampir wzruszył obojętnie ramionami.- Masę krwi, niewinnej i winnej..ach, cudowny widok!-
-Vincencie! To nie jest śmieszne. Zdajesz sobie sprawę, że Chaos obudziłby się po dwudziestu-tysięcznym śnie? Świat przestałby istnieć. Wszystkie gatunki wymarłyby…nie byłoby nic.-
-Ha! Więc to o tym mówił! Wcale nie zależy mu na własnym zaspokojeniu ego- szepnął pod nosem-Póki co nie ma się o co martwic. Jeszcze nikt nie ucierpiał. Byłoby dobrze znaleźć tego Strażnika Bram.-
-To nie takie proste- podrapał się z tyłu głowy, przewracając oczyma.- Nie wiemy gdzie go znaleźć, ani jak się nazywa.-
-Hm…chyba mam pomysł, jak moglibyśmy się tego dowiedzieć- uśmiechnął się tajemniczo.- Sanguisie, wracajmy do naszego..- odchrząknął cicho- czy też raczej mojego świata.-