piątek, 22 lipca 2011

dwa.

Vincent rozparł się wygodnie w nieco wypłowiałym, błękitnym fotelu i przymknął oczy, wsłuchując się w ciężkie krople deszczu, zaciekle bębniące w szyby i kamienne parapety. Chłonął dźwięk bulgoczącego, wypluwanego przez smukłe rynny nadmiaru wody, wodził zmysłami za wyjącym wiatrem, targającym niedomkniętymi okiennicami. Lubił deszcz. Lubił, gdy świat lśnił ponuro w świetle błyskawic, gdy przetaczające się po czarnym niebie grzmoty budziły ze snu mokre, wielkie kruki ukryte gdzieś w występach starego, popękanego muru. Lubił ich pełen grozy krzyk, mrożący krew w żyłach zwykłym śmiertelnikom. Krew w żyłach też lubił. A ta przyprawiona strachem, idealnie komponowała z chłodem wygasłego kominka i pustką własnego, nadżartego przez larwy much, serca.
Zacisnął mocniej powieki, chcąc przypomnieć sobie przyjemność płynącą z tych ociekających deszczem i świeżą krwią, lodowatych nocy, ale myśli rozpraszały się w nicość i nijak nie był w stanie stworzyć z nich oczekiwanego obrazu. Westchnął głośno – cóż, przecież minął właśnie ostatni dzień lata. Wstał i ruszył w dół przestronnego, wyłożonego czerwonym dywanem korytarza, wiedząc, że służba już śpi, że nikt nie pojawi się w zasięgu jego wzroku. I nie tylko jego. „Nieunikniona, pełna bólu i grozy, zawierucha przyszłości” – pomyślał i przekręcił klucz w wielkich, żelaznych wrotach, dobrze strzeżonych przez ponurych, kraczących, ptasich Strażników Wygnańców. 

- Witaj, Vincencie. Jak zwykle jesteś niebywale punktualny.
- „Do piekła spóźniają się tylko samobójcy”.
Wciągnął głęboko powietrze. Czuł w nim zapach stęchlizny, mdły i gęsty, uporczywie kojarzący się ze starą, zgniłą krwią. Ta silna woń drażniła jego umysł, ta silna woń ze specyficzną nutką przypominającą smród palonych włosów i zimno grobowej krypty była wizytówką  przybyłego Gościa. – czego chcesz? – rzucił w stronę kąta, w którym czaił się ON.
On, postać nie mająca niczego wspólnego z czymkolwiek w rzeczywistym świecie. Duch ciemności, przybierający nieco ludzki wygląd, by ułatwić konwersację i dać się zapamiętać.
Tam, skąd pochodził panowały inne zasady egzystencji.
- Nie bądź taki w gorącej wodzie kąpany, mój przyjacielu – szary cień skłonił się pokracznie, wykonując na wpół istniejącą ręką dziwne znaki w powietrzu. - najpierw sprawdzę, co dla mnie masz…
Umazane ciemną, robaczywą cieczą oczy znalazły się nagle niewiarygodnie blisko. Oczy nic niewidzące, ale jednocześnie takie, przed którymi nic nie da się ukryć. Vincent poczuł mocne szarpnięcie, smak spalonych warg, dotyk lekko dymiącego języka. Namiętny pocałunek wysysał z niego wszystkie stracone dusze, każdą, nawet nadrobniejszą pozostałość po życiach, które on sam wysysał wcześniej z ludzkich ciał. Nieprzerwany strumień krwistych człowieczych odpadków mknął teraz w stronę wiecznej czerni odmętów demonicznych wnętrzności.
Czaszkę rozsadzał mu wrzask setek bezwzględnie mordowanych istnień, mordowanych dla krwi, mordowanych by żyć, mordowanych, by złożyć  ofiarę swojemu panu, swojemu stwórcy. Bo takie były reguły tej przerażającej gry.
- A teraz – zasyczał Gość, rozrywając nadgniłe usta w szyderczym uśmiechu – po czynnościach rozkosznie konsumpcyjnych, możemy przejść do zaspokajania mych potrzeb wyższych, mój drogi. I mam nadzieję, że i z tymi poradzisz sobie równie zadowalająco… słyszałeś o Onis.
- I kto tu jest w gorącej wodzie kąpany – Vincent splunął z obrzydzeniem, starając się jednocześnie trzeźwo analizować słowa Amoneusa i wypierać z podświadomości smętne zawodzenia ofiar swojego brutalnego wampiryzmu. Nie lubił tej walki. Walki trzeźwości z manią liczenia zabitych osób, manią liczenia w nieskończoność makabrycznych kar, które czekałyby go w piekle, gdyby tylko bóg istniał naprawdę. – przeleżałem parę ładnych lat w cuchnącej ziemi i jakimś dziwnym trafem ominęły mnie te ckliwe plotki zza grobu.
- Vincencie, nawet nie wiesz, jak bardzo cenię sobie twój sarkazm, ale sprawa jest nader poważna – zawisł w powietrzu w dziwacznej pozie i zaśmiał się szyderczo. – Onis jest bramą do Agregum – zaczął, wpatrując się w sufit z ostentacyjnym zainteresowaniem – mrocznej krainy, zbudowanej z nicości, przez którą przepływają zjawy bez zapachu i uczuć, zesłane tam niegdyś przez potężnych bogów i uwięzione na zawsze. Snują się tam, wchłaniając skradzione ludzkie dusze, mlaskając cicho niewidzialnymi wargami i tkwiąc na granicy między cielesnością niebytem.
- Bez zbędnych przedłużań, proszę. – Vincent zastukał cicho obcasem w lśniącą posadzkę. Nie lubił przydługich opowieści, nie lubił towarzystwa Gościa, poza tym bezwzględnie okradziony z własnych, krwistych zdobyczy zaczął się już irytować pustością swoich żył.
Amoneus znów uśmiechnął się obleśnie.
- Aj, aj, Vincencie, przywoływanie mnie do porządku nie jest chyba zadaniem, które ci określiłem - zacmokał z uwielbieniem - ale do rzeczy… liczba ofiar, złożonych przy oddzielaniu Agregum od reszty światów była wystarczająca, by na długie wieki zaspokoić głód jego mieszkańców na wiotkie, zwiewne ludzkie cienie, więc nie mieszali się oni w sprawy Haltame, jak nazywają każdego z obcych. Wykazywały się obojętnością na rzeczywisty świat, nawet gdy za pierwszym razem, w Erze Czwartego Cienia, władca Onde-Iaho przeczytał zakodowaną w Mroku wiadomość i otworzył sekretny portal dając im szansę na wolność. Jeszcze wtedy, według ich chwiejnych odczuć, nie nadszedł odpowiedni czas na zemstę i uwolnienie. Porywacze Dusz czekali. Pozostawali w swym ciemnym piekle i czekali na dzień, w którym z krainy nieistnienia powstaną jako Wiecznie Martwi Wojownicy i rozleją trupi jad tak daleko, jak daleko będą w stanie sięgnąć swoim pustym wzrokiem. – zrobił pauzę i podrapał się w bagnisty kark – i ten dzień właśnie nadchodzi…
- Czyż nie robimy tego samego? – Vincent oparł się plecami o zimną ścianę i obserwował jak krople deszczu spływają po błyszczących w świetle błyskawic szybach. – czyż nie jesteśmy plagą niosącą śmierć i cierpienie, tak samo jak mieszkańcy Agregum? Ich drzwi zostały otwarte, ale po co się tym przejmować? Paru morderców więcej, a i tak co sekundę będzie się rodzić nowy człowiek.
- Cóż, prawdopodobnie nie lubię konkurencji – syknął Amoneus i zmierzył wampira lodowatym spojrzeniem, którym był w stanie zabić każdego człowieka. Ale Vincent wzruszył tylko obojętnie ramionami. Przecież od lat był martwy.
- Mam się narażać, tylko dlatego, że chcesz mieć monopol na  miano demona o patologicznych skłonnościach do miażdżenia ludzkich ciał? Żałosne.
- Głupi, rzecz jest poważna. Szczegółów dowiesz się w swoim czasie. Póki co, spotkasz się jutro ze swoim nowym partnerem. Jest dobry w sprzątaniu piekielnego gówna.
- Amoneusie… – Vincent skrzywił się i zacisnął dłonie w pięści, zrobił krok naprzód, ale zielonkawe płomienie zastąpiły mu drogę. – obiecałem ci posłuszeństwo, ale zawsze radziłem sobie sam, więc…
- Więc teraz poradzisz sobie z kimś – głos miał cichy, świszczący, niemal wietrzny. Nie znosił sprzeciwów i wampir doskonale o tym wiedział. Ale działanie w pojedynkę było jego przeznaczeniem, było sztuką, którą opanował niemal do perfekcji, było samotnością, którą tak kochał.
- Kim on jest? – rzucił pogardliwie, cofając się przed kolejną falą ognia, przetaczającą się po perskim, tkanym złotem dywanie.
- Demonem.


- A i jeszcze jedno – Gość znów pojawił się tuż obok niego, tak blisko, że czuł bijącą od niego nicość, czuł pod skórą wzburzającą się nawałnicę łez mordowanych cierpiętników. Błysnęło czerwone światło, na środku pojawiła się owa powabna dziewczyna, z której wczoraj, w przypływie niezrozumiałej mocy próbował uczynić podobną sobie. Tyle że teraz nie była już tak piękna, tak wiotka, tak uroczo przestraszona. Teraz była umarłą, żywą, ale umarłą. Szare policzki niemal łopotały na wietrze wpadającym przez otwarte okno. Amoneus mruknął coś pod nosem i jej wyniszczone śmiercią ciało rozpadło się na kawałki. Malutki fragment przyklejonego do czaszki mózgu, z cichym mlaśnięciem uderzył Vincenta w skroń i opadł w piekielny ogień.
Skłonił lekko głowę, na znak, że zrozumiał swój błąd. Żadnych nowych wampirów, żadnej armii żywych trupów, żadnych boskich zagrywek. Tylko bolesna śmierć była dozwolona, zadawanie niewyobrażalnego cierpienia i bezsprzeczne posłuszeństwo. Taka była zasada upiornej egzystencji, egzystencji, która w paradoksalny sposób dawała mu życie.

~

Usiadł w wypłowiałym, błękitnym fotelu i zamknął oczy. Próbował myśleć o spotkaniu, o Onis i o tym chłopaku, który ze swą pokrętną, demoniczną osobą będzie musiał stawić mu czoła.
Bębnienie deszczu wzmogło w nim tylko apetyt. Ale zanim wyszedł na łowy, zapisał służbie polecenie dotyczące kupna do salonu nowego, perskiego dywanu.