niedziela, 31 lipca 2011

cztery.

- Jaki masz pomysł, wampirze? – zaskrzeczał Sanguis, gdy przemierzali w pośpiechu ulice ponurego, uśpionego miasta. Długie nogi jego towarzysza robiły tak wielkie kroki, że musiał biec, by za nim nadążyć, by nie zostać w tyle, by nie zgubić się w odmętach zwodniczej, upiornie ludzkiej metropolii. Nie znał tego świata, nie umiał się w nim poruszać. Zapach człowieka dezorientował jego zmysły, bliskość tej zupełnie bezwartościowej istoty napawała go obrzydzeniem i przyprawiała o nieprzyjemne dreszcze chęci absurdalnie pojętej zagłady, której interpretacja wirowała jego wnętrzem w zawrotnym tempie. Ale tej nocy nie miał możliwości unicestwiania, nie miał szans na wyzwolenie bezwzględności, na zaspokojenie własnego, zatrutego odorem ciemności, instynktu.
Tej nocy miał postać marnego dzieciaka, szczyla, który musiał podążać za mężczyzną w czarnym, pachnącym śmiercią płaszczu, jak wierny piesek za swoim właścicielem. Tej nocy miał chude, wiotkie kończyny, żałosną chłopięcą buzię, paskudnie człowieczy uśmiech. Tej nocy był nikim.
Tak karano w piekle demonicznych straceńców.
Vincent nie odpowiadał. Starał się, by w głowie kołatała mu tylko jedna myśl, nieco przyćmiewana rosnącym głodem, który wzmagało każde otarcie się, namacalnym niemal pragnieniem o mury zamieszkiwanych przez ludzi budynków. Zamieszkiwanych przez jego pożywienie. Zamieszkiwanych przez jego krew, przez jego życie. Przyspieszył. Słyszał za sobą nierówne kroki swojego ‘partnera’, ale nie zamierzał ani się zatrzymywać, ani zwalniać, ani cokolwiek wyjaśniać. Musiał jak najszybciej przebrnąć przez ciemne ulice, bez tracenia cennego czasu. A przecież z głodem nie tak łatwo było wygrać. Nie tak łatwo było oprzeć się pokusie napełnienia żył ciepłym, gęstym płynem swoich ofiar. Zastukał mocniej obcasami o brudny chodnik, by nie rozproszyć się w nieskończoności morderczej psychozy.
Jedna myśl, tylko jedna myśl się teraz liczyła.

Obrzeża miasta spowijał jeszcze większy  mrok, jeszcze gęstsza mgła nocnego odrealnienia, jeszcze dotkliwszy chłód i przenikliwsza cisza. Cisza wiecznego spoczynku, wiecznie gnijących roślin, wiecznie rozkładających się ciał i błąkających dusz. Przez chwilę kluczył wśród zarośli, by w końcu odnaleźć to, czego szukał. Mała chatka stała wciśnięta pomiędzy omszałe głazy, zlewając się całkowicie z leśną gęstwiną. Wiecznie ukryta w nieprzeniknionych ciemnościach, które potęgowała pochmurna, pozbawiona życia noc, nie była dostrzegalna dla ludzkiego oka. Ale wampir umiał odczytywać w mroku więcej niż zwykły śmiertelnik. W końcu czerń była jego siostrą, jego siostrą bliźniaczką o jednym ciele i wspólnej, potępionej na wieki duszy.
Demon przystanął obok. Jego ciało oddychało z trudem, ale męczący bieg nijak nie wpłynął na stan jego umysłu, na jego wnętrze, nieustannie emanujące piekielną potęgą nie z tego świata. Mrużył tlące czerwonym blaskiem oczy, parował lekką wonią spalonej, ludzkiej skóry, przestępował z nogi na nogę, zapominając, że jako człowiek był tylko parodią żywej istoty.
- „Martwy cień nigdy nie puka do bram swojego piekła” – mruknął wampir i otworzył spróchniałe, upiornie skrzypiące drzwi.

Olbrzymia, sięgająca krwawo-czerwonego nieba biblioteka pochłonęła ich ciała z cichym jęknięciem, wewnętrzną powłokę wieszając na kołku tuż przy wejściu, niczym jakieś groteskowe płaszcze wędrujących gości. Teraz byli tylko cieniami, podpieranymi przez podmuchy silnego wiatru, który szalał w długim, ciasnym korytarzu prowadzącym do głównej siedziby Yautah Wakahe – Królowej Wiedzy Potępionej - miejsca, do którego mógł wejść tylko umarły, tylko wytwór przerażającej potęgi zła i nikczemności, tylko ten, którego dusza została przepalona krwią zgładzonych, niewinnych żyć.
Tysiące ciemnych ptaków zataczało ideale kręgi nad kamiennym stołem, na którym siedziała kukła wypchana zgniecionymi ryzami czystego papieru, kukła o oczach jak wszechświat, jak bezmiar pragnienia wszechwiedzy, jak głód nieśmiertelności.
- Czego chcesz, Vincencie Wampirze? – zaszeleściły papierowe usta. Kruki zatrzepotały mocniej skrzydłami, wzbijając się wyżej, ponad granicę nawet pozbawionego ciała, wzroku.
- Tego co zawsze, moja słodka Yau – skłonił się lekko, dając nieistniejącą ręką  znak Sanguisowi, by zrobił to samo.
- Witasz się ze mną zagadką? – gazeciane włosy rozwiały się lekko, w podmuchu rozbawienia.
- Witasz się ze mną pytaniem, na które znasz odpowiedź?
- Vincencie, twoja pewność siebie kiedyś zrobi z ciebie bezkształtny niebyt.
- Skoro tak mówisz, niech i tak będzie – wampir zbliżał się do kamiennego stołu, raczej czując niż słysząc, jak szum skrzydeł olbrzymich kruków, z każdym jego krokiem oddala się jeszcze bardziej, jeszcze głębiej zapadając się w odmęty Nieskończoności.
- Niczego nie obiecuję – zaszeleściła ponownie, wyciągając w jego kierunku pożółkłą dłoń o palcach pokrytych starożytnymi runami.
- A szkoda - skrzywił się z niesmakiem, gdy delikatnie musnęła jego cień, gdy rozproszyła jego ramie w gęstej zawiesinie własnego, karcianego istnienia -  bo życie potępieńca zaczyna mnie nużyć.
- Nieżycie potępieńca będzie słodsze?
- Na pewno nie słodsze od ciebie.
Pozwalał, by obracała w dłoniach jego wijący się kształt, by czule rozszczepiała go w miliardy drobinek, drobinek niewidzialnych, ale zapieczętowanych na zawsze w ramionach więźnia własnego zła.
- Chcesz tajemnicy o Mroku, chcesz wiedzieć jak zwyciężyć Porywaczy Dusz, chcesz odnaleźć pieczęć do Onis, chcesz poznać Aide or’Herrduq’a.
- Chcę?
Powoli oswobadzał się z jej objęć, stopniowo próbując łączyć się w całość, lekko omijając jej palce, które z pasją przesiewały mikroskopijne części jego na wpół zgniłego serca. Jego byt rozmywał się w niebycie, jego niebyt ginął w fanatycznej nicości roztaczanej przez papierową kukłę na zawsze skazaną na kamienny, lodowaty stół i własne żałośnie kruche ciało. Czym ona zawiniła?
Roześmiała się głośno. Jej głos potoczył się echem po wszechświecie bibliotecznych zakamarków przywołując jednego z sędziwych, łypiących groźnie oczyma kruków. Poszybował w dół z niewyobrażalną szybkością i w milczeniu wylądował u jej stóp kłaniając się posłusznie.
- To Fyhauu – powiedziała głaszcząc ptaszysko po wielkim dziobie – zna prawdę o tym, co cię interesuje, w jego kościach zapisane są najskrytsze twoje pragnienia dotyczące wiedzy o Agregum, jego skrzydła niosą ze sobą prawdę o tym, w jaki sposób pokonać mieszkańców tej krainy, jego dziób smakuje tajemnicą. Masz ochotę  pochłonąć to wszystko swoją cielesną nicością, drogi Vincencie?
- Nic w przeznaczeniu nie będzie gorsze od smaku ludzkiej krwi.
Szary papier jej ciała rozbłysnął czerwienią z rozrywanego ciała skrzydlatego sługi Królowej. Jej wnętrzności zakwitły dzikimi makami, karmazynowe plamy połączyły się w pachnące posoką róże, wilgoć szkarłatu okryła jej suchą, papierową duszę, która wzdrygnęła się przed bolesną śmiercią utonięcia. Ale klątwa była potężna, więc tylko jej szelest zmienił się w cichy chlupot, zagłuszany przez desperacki krzyk wielkiego ptaka. Pióra odrywane potężnymi szarpnięciami układały się w tekst, żyły plątały się całymi zdaniami, kości łamały się w sentencje o głębokiej treści. Odgryziony dziób zamarł w bezruchu wykrzykując ostatnie, niesłyszalne dla ludzkiego ucha prawdy, zdradzając ostatnie sekrety przyszłej misji.

Przy wyjściu odziali się z powrotem w rzeczywiste powłoki.
- Niezły pokaz, wampirze – demon zacmokał z zadowoleniem, ignorując fakt, że znów stał się zwykłym smarkaczem – godny opowiedzenia, godny zapamiętania, godny owacji na stojąco – i zaklaskał w dziecięce dłonie, a echo odbiło brawa od nagich skał.
- Zamknij się – rzucił Vincent i znów puścił się niemal pędem w stronę miasta.
Tym razem nie miał zamiaru przechodzić obojętnie obok ludzkich siedzib, tym razem głód polowania musiał zostać zaspokojony. Prawdę już znał, wiedział co ma robić, gdzie iść i kogo spotkać. Teraz liczyła się tylko krew, teraz był myśliwym, który gnany piekielną siłą musi zatopić kły w ciepłym, człowieczym mięsie. Mięsie miękkim, soczystym, dobrze ukrwionym. Musiał się posilić, odzyskać władzę nad umysłem, musiał zabić w swojej potępionej duszy smak ptasich piór i pachnących bagnem zapomnienia, małych, czarnych, kruczych oczu.

Zasłona poruszała się lekko w podmuchach wiatru. Vincent siedział w swoim ulubionym fotelu i napawał się błogością aktualnego stanu. Delikatne mrowienie w kończynach, przyjemne smyranie w okolicach serca, słodkawy zapach własnych ust, lekkie drżenie zaspokojenia. No i wiedza. Przymknął oczy i zobaczył ciemnowłosego, szczupłego chłopca w wieku osiemnastu lat. Zwykły, zewnętrzem niczym nie różniący się od swoich rówieśników, zupełnie nieświadomy istnienia marzącego o nim zła. Ale posiadający coś, co mogłoby zawarzyć o losach świata, nie jednego świata, ale wszystkich na raz. Posiadający diamentowe serce, ową niezbadaną moc i potęgę, o której Vincent dowiedział się wraz z kolejnym kęsem cuchnącego rozkładem kruka. Serce wymagające odpowiedniego potraktowania, odpowiedniej opieki. Serce, które powinien skierować w stronę wyssaną ze szpiku ptasich kości, serce, które musiało bić, by być przydatne do planu, o którym szeptał mu oderwany, śliski od śluzu wieczności dziób.
- Jesteś głupim zwierzęciem – parsknął demon sadowiąc się wygodnie na kanapie naprzeciwko dogasającego kominka. Po wielu godzinach milczenia postanowił wyrzucić zalegający w sobie brud poniżenia – masz powieść ofiarę naszych światów do miejsca spełnienia, a nie będziesz w stanie ocalić chłopaka przed samym sobą. To żałosne, pożresz go zanim dotrzecie na miejsce, rozszarpiesz mu żyły, gdy będziecie podróżować po krainach, w których nie istnieje nic, co posiada krew – warczał jadowitym głosem, mszcząc się za okrutną pogoń po całym, pogrążonym w nocy Londynie – będziesz słuchać bicia jego ponadludzkiego serca i wyobrażać sobie jak pompuje ono twój życiodajny napój do tętnic, o których będziesz śnić w blasku słońca. Nie rozumiem, jak Amoneus wybrał do tego zadania coś, co nie jest w stanie zapanować nad własnym obżarstwem. Zmierzysz się z własnym przekleństwem, Vincencie, marna kopio człowieka? – splunął z obrzydzeniem i zwinął się w kłębek pod starym, wełnianym kocem.
Sekundę później wampir był już przy nim. Nachylił się nad dziecięcą twarzą, wykręconą teraz grymasem zaskoczenia.
- Oh, demonie, demonie – syknął z powracającym morderczym błyskiem w oku i wbił w drobne, chłopięce ciało swą bladą, kościstą dłoń – żałosna imitacjo zła! – zaciskał palce na czarnym mięśniu. Zaciskał mocno.
- Amoneus… cię… zniszczy… - wysapał Sanguis wyrywając się z śmiertelnego uścisku.
- Zniszczy? – Vincent zaśmiał się i oblizał z uwielbieniem usta, na które wystrzeliła z przerwanej aorty czarna krew – głupiutki z ciebie chłopczyk, bardzo naiwny. O tym, jak zabijać demony przeczytałem z runów pod paznokciami Yau – mruknął do ucha bezwładnemu ciału.

„To nie ja gniję w ciemności - to ciemność gnije we mnie” – szepnął wychodząc z pokoju. Na wpół ludzkie, na wpół nie z tego świata drżało jeszcze chwilę, po czym zastygło z dziecięcym przerażeniem na  upiornej, rogatej twarzy.